Dzienniki z podróży

Na końcu świata, czyli Przylądek Finisterre

Po dotarciu do Santiago de Compostela nie było czasu na dłuższe zwiedzanie miasta, czy obfite świetowanie przejścia Francuskiej Drogi świętego Jakuba. Co prawda nie obyło się bez wieczornego wyjścia szlakiem miejscowych tapas barów, jednak po spożyciu powiedziałbym dość umiarkowanej dawki miejscowego piwa, wraz z ekipą wróciłem grzecznie do hostelu jeszcze przed północą. Wszak na drugi dzień czekała mnie pobudka o siódmej rano i dalszy ciąg pieszej wędrówki w kierunku Oceanu Atlantyckiego. Także o rozluźnieniu nie mogło być mowy. Miałem przed sobą jeszcze ponad osiemdziesiąt kilometrów marszu, by zgodnie ze średniowieczną tradycją dotrzeć do przylądka Finisterre.

Niegdyś pielgrzymi po dotarciu do grobu świętego Jakuba kontynuowali swoją podróż aż do wybrzeża Atlantyku, na mały półwysep o nazwie Fisterra w języku galicyjskim (Finisterre po hiszpańsku). To jego najdalej wysunięty punkt w kierunku zachodnim był w czasach prekolumbijskich uznawany za koniec ówczesnego świata. Nic więc dziwnego, że miał taką siłę przyciągania. Z pewnością spoglądanie w bezkres wód oblewających spienionymi falami ten mały skrawek lądu oddziaływało w znaczny sposób na ludzką wyobraźnie. Doświadczenie trudu wielodniowego wędrowania w połączeniu z poczuciem przebywania gdzieś na krańcu tego co znane, materialne i ziemskie musiało być niesamowitym, wręcz mistycznym przeżyciem, zwłaszacza dla ludzi poszukujących Boga. Miejsce to miało w sobie coś z sacrum. Tutaj człowiek stawał się niesamowicie mały i bezbronny wobec sił przyrody reprezentujących boską moc sprawczą. Powszechnym zwyczajem były kąpiele w oceanie mające oczyszczać z wszelkich win i grzechów. Do tego na brzegu palono szaty, co symbolizowało rozpoczęcie nowego, lepszego życia, swoiste katharsis. Na zakończenie peregrynacji należało zebrać muszlę przegrzebka na jednej z okolicznych plaż, jako dowód przebycia swojej drogi do grobu świętego Jakuba. W dzisiejszych czasach muszla jest symbolem całego szlaku. Widać ją na znakach wskazujących drogę, na ścianach schronisk i restauracji, a przede wszystkim na plecakach pielgrzymów, zawieszoną na sznurku, kołyszącą się w rytm stawianych kroków.

Droga nad Ocean Atlantycki tak jak przypuszczałem zajęła mi trzy dni, poprzez typowy galicyjski krajobraz, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić. Charterystyczne lekko górzyste tereny porastała soczysta zieleń kasztanów jadalnych i dębów, a wokół rozciągały się przestronne trawiaste pastwiska. Ścieżki wyścielały spadłe z koron drzew żołędzie i owowce kasztanowców, otulone kolczastymi łupinami, które od czasu do czasu turlały się wprawione w ruch przypadkowo przez moje buty. Pogoda również okazała się być taka jak zwykle. Wilgotne i rześkie poranki, przeobrażały się w bardzo przyjemne i słoneczne popołudnia z temperaturą przekraczającą dwadzieścia stopni Celsjusza. Szczególnie w pamięć zapadł mi piękny wschód słońca drugiego dnia, wyłaniający się gdzieś pomiędzy wzgórzami. Mgła unosząca się nad łąkmi powodowała niezwykle ciekawy wizualny spektakl, gdzie promienie świetlne tworzyły coś na kształt aureoli nad widnokręgiem.

Ostatni dzień wędrówki i całego Camino okazał sie być mokry i deszczowy. Po raz pierwszy od rozpoczęcia pielgrzymki, na poważnie musiałem użyć wodoodpornych spodni i kurtki z membraną. Mimo wszystko odzież nie ochroniła mnie w stu procentach od przemoknięcia. Zwłaszcza jeśli chodzi o buty. Po godzinie marszu poczułem, że moje skarpetki zaczynają być wilgotne, a z biegiem czasu sytuacja we wnętrzu obuwia się pogarszała. Pogoda przypominała mi tę znaną z wyprawy rowerowej do Norwegii. Wszechogarniająca wilgoć, drobna i jednostaja mżawka, jedynie temperatura różniła się od tej znanej zza koła podbiegunowego. Jednak nie można się dziwić panującej aurze. Klimat Galicji znacznie odbiega od reszty Hiszpanii. Średnie temperatury powietrza są o kilka stopni niższe od tych na Mesecie i wybrzeżu Morza Śródziemnego, a suma opadów atmosferycznych jest zdecydowanie wyższa.

Moje pierwsze spotkanie z Oceanem Atlantyckim nastąpiło w okolicy miasteczka o nazwie Cee, jakieś kilkanaście kilometrów od Przylądka Finisterre. Kiedy schodziłem błotnistą drogą z niewielkiego wzgórza, z pomiędzy drzew wyłoniła się niewielka zatoka. Ponad taflą lekko wzburzonej wody na niewielkiej wysokości unosiły się deszczowe chmury. Już z odległości kilkuset metrów do moich uszu dobiegał szum fal. Od tego momentu podążałem drogą wzdłuż wybrzeża, aż do końca szlaku.

Po opuszczeniu Cee pogoda zaczęłą się poprawiać. Między chmurami prześwitywał błękit nieba, a z biegiem czasu ponure obłoki przemieściły się w głąb lądu, ustępując miejsca słońcu. Tuż przed miejscowością Finisterre natknąłem się na dziką plaże, otoczoną skałami, z której rozpościerał się piękny widok na cały półwysep i miasteczko. Przystanąłem na chwilę by delektować się scenerią i zamoczyć nogi w Atlantyku. Wysokość jednej z fali zaskoczyła mnie na tyle, że zanim zdążyłem ściągnąć buty, woda oblała mnie do wysokości kostek. Z resztą nie miało to dla mnie większego znaczenia, moje stopy i tak od dawna były już mokre. Ruszyłem dalej czując pod cholewkami lekki chlupot. Niedługo potem dotarłem do miasta. W jego początkowej części, na odległości około dwóch kilometrów rozciąga się plaża. Postanowiłem zejść ze szlaku i drogę do schroniska pokonać wzdłuż brzegu Atlantyku. Słońce przygrzewało na tyle mocno, że zdecydowałem zanurzyć się w oceanie. Tego dnia byłem chyba jedynym amatorem kąpieli, w oddali widziałem jedynie grupki ludzi zbierających muszle na piasku. Mimo października temperatura wody okazała się być całkiem znośna. Na morsowanie na pewno za wysoka. Po osuszeniu udałem się do albergue w centrum Finisterre, uważnie patrząc pod nogi w nadziei na znalezienie muszli świętego Jakuba, symbolu Camino. Między skałami i wodorostami wygrzebałem kilka bardzo ładnych okazów, które będą pięknymi pamiątkami z tej wyjątkowej podróży.

Około godziny trzynastej dotarłem do schroniska. Na wieczór wyznaczyłem ostatni akord tej wędrówki, czyli wizytę na Przylądku Finisterre, oddalonym od miasteczka o jakieś trzy kilometry. Chciałem dotrzeć na miejsce, by podziwiać zachód słońca nad Oceanem Atlantyckim. Finałowy odcinek podróży pokonałem na lekko, bez bagażu, jedynie z małym kieszonkowym plecakiem, tak jak to było w trakcie wyprawy na Nordkapp. Kiedy dotarłem do średniowiecznego „krańca świata” zauważyłem, że jest nieco bardziej kameralnie, w porównaniu do tego co zastałem na Przylądku Północnym w Norwegii. Parking świecił pustkami, nie było wielu autokarów wycieczkowych i samochodów turystycznych. Już z daleka wyłoniła sie piękna latarnia morska położona na wysokim klifie. W jej otoczeniu kłębił się niewielki tłumek turystów i pielgrzymów. Poza jednym małym sklepem z pamiątkami i barem nie ma wielu śladów komercji, a atmosfera tego miejsca nie jest aż tak bardzo „turystyczna”, co jest dla mnie plusem. Kilkaset metrów przed budynkiem stoi ostatni znak z symbolem muszli i kilometrażem szlaku świętego Jakuba, wszkazującym wartość: 0,000 km. Oczywiście jest to ważny punkt dla ludzi chcących uwiecznić na zdjęciu trud swojej pielgrzymki. Za wieżą pomiędzy skałami posadowiono kamienny krzyż, a wokół niego gdzieniegdzie na skałach można znaleźć pozostawione buty, ślady po spaleniu elementów garderoby pielgrzymów, małe krzyżyki albo kartki z intencjami i modlitwami.

W okolicach godziny dwudziestej nadszedł kulminacyjny moment wizyty na przylądku. Słońce zaczęło stopniowo obniżać się na horyzoncie. Pogoda do obserwacji tego zjawiska była wyśmienita, błekitne niebo nieznacznie pokrywały białe obłoki, dodając tym samym jeszcze większego uroku temu spektaklowi. Stromy brzeg na te kilkanaście minut przeistoczył się w widownie, pzypominającą starożytny amfiteatr. Dokoła rozsiedli się ludzie na trawiasto-skalistych stopniach, część z nich przyszłą z butelkami wina i przekąskami tak jakby to były antyczne Dionizje. Za scenę posłużył horyzont oceanu, a główną rolę tego widowiska odgrywało słońce wspomagane otaczającymi je chmurami, będącymi aktorami drugoplanowymi. Ja zająłem miejsce w zasadzie najniżej. Pode mną miałem wysokie urwisko, o które udarzały falę tworząc oprawę muzyczną złożoną z szumów i plusków spienionej wody. Feria żółto-pomarańćzowych barw odbijała się od oceanicznej toni, tworząc długą poświatę na powierzchni Atlantyku. W pewnym momencie tarcza słoneczna dosłownie rozsiadła się na lewitującej poduszcze utworzonej z chmur. W tym widoku było coś majestatycznego. Zrobiło to na mnie sporę wrażenie. Na myśl przyszedł mi fresk Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej przedstawiający scenę Sądu Ostatecznego.

Domyślam się, że taka scena dla średniowiecznego pielgrzyma mogłaby mieć niemal mistyczny charakter. Oczami wyobraźni widzę postać stojącą na urwisku skalnym tuż nad kipielą oceanu, wpatrującą się w horyzont, a na nim ten sam zachód słońca. Jego długie szaty rozwiewa wiatr. W lewej dłoni trzyma kapelusz, przyciska go do piersi. W prawej dzierży kostur, kij na którym opiera ciężar swojego ciała. Jest w odległości kilkudziesięciu metrów ode mnie. Nie jestem w stanie dojrzeć jego twarzy, ale wydaje mi się, że po jego policzkach i niegolonej od wielu dni brodzie ciekną łzy. Czy płacze ze szczęścia? Być może. Na pewno jest to wyraz ulgi i zrzucenia jakiegoś ciężaru. Teraz wiem, że pielgrzymka dla niego miała charakter pokuty za grzech, który był dla niego ogromnym brzemieniem. Po trudach wielodniowej wędrówki teraz stoi na końcu świata z przekonaniem, że tam za wodą nic nie ma. Widnokrąg jest dla niego granicą między ziemią a niebem, profanum i sacrum, a teraz na tej linii odgradzającej te dwie rzeczywistości objawił mu się znak, będący dla niego wyraźnym świadectwem od Boga. Jego winy zostały odpuszczone, podróż dobiegła końca. Moja również.

Zaraz po tym jak słońce schowało się za horyzontem, ruszyłem w drogę powrotną. Na drugi dzień udałem się autobusem do Santiago, gdzie spędziłem pół dnia zwiedzając miasto, a powrót do Warszawy zajął mi dwa dni z przesiadkami w Madrycie i Wiedniu. Wędrówka od Saint Jean Pied de Port do Finisterry zajęła mi 28 dni. W jej trakcie przeszedłem 864 kilometry. Na pewno ten miesiąc był doświadczeniem, które pozostanie w mojej pamięci do końca życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *