Dzienniki z podróży

KAMPEREM PRZEZ PODLASIE – CZYLI CZTERY DNI EGZOTYKI W POLSKIM WYDANIU, CZĘŚĆ TRZECIA

Kontynuacja poprzednich wpisów, które możecie znaleźć pod tymi linkami:

http://warszawiakwpodrozy.pl/kamperem-przez-podlasie-czyli-cztery-dni-egzotyki-w-polskim-wydaniu-czesc-druga/

http://warszawiakwpodrozy.pl/kamperem-przez-podlasie-czyli-cztery-dni-egzotyki-w-polskim-wydaniu-czesc-pierwsza/

Dzień trzeci

Trzeci dzień naszej objazdowej wycieczki po Podlasiu postanowiliśmy zacząć od zwiedzania Tykocina, małego miasteczka położonego nad Narwią. Do przejechania mieliśmy niewiele ponad pięćdziesiąt kilometrów. Z czego trzydzieści trzy kilometry po tak zwanej Carskiej Drodze, wybudowanej na potrzeby wojska pod koniec XIX wieku, w czasach zaboru rosyjskiego. Głównym powodem powstania tego traktu o długości prawie stu trzydziestu kilometrów było połączenie ze sobą trzech strategicznych twierdz, zlokalizowanych w Grodnie, Osowcu i Łomży. Jego budowa pochłonęła ogromne środki, gdyż wytyczony został w bardzo trudnym terenie wzdłuż bagien Biebrzy oraz piaszczystych wydm. Charakterystycznym elementem są na nim proste i długie odcinki, ponieważ budowniczowie zamiast dostosowywać przebieg drogi do warunków naturalnych, poprowadzili ją możliwie jak najkrócej, ingerując w krajobraz poprzez przekształcanie i utwardzanie podłoża. Na kilkunasto kilometrowym odcinku jezdnia biegnie po sztucznie usypanej grobli pośród mokradeł Biebrzańskiego Parku Narodowego. W kilku miejscach niedaleko pobocza ulokowano punkty obserwacyjne. Przy jednym z nich zatrzymalśmy się na chwile by podziwiać rozległe połacie podmokłych łąk.

Do Tykocina dotarliśmy jeszcze przed południem. Zaparkowaliśmy naszego kampera na brukowanym placu pod Wielką Synagogą, skąd ruszyliśmy na spacer po miasteczku. Od razu rzuciło nam się w oczy nieśpieszne tempo życia typowe dla małych miejscowści. Podobne uczucie mieliśmy w Drohiczynie pierwszego dnia naszej wyprawy. Nadnarwiański gród prawa miejskie uzyskał w 1425 roku, a jego wieloletnia historia przekłada się na ilość obiektów zabytkowych, na terenie miasta jest ich ponad sto. Na pewno uwagę zwraca ciekawy układ architektoniczny z rozległym rynkiem w kszałcie trapezu. W jego centrum stoi posąg przedstawiający Stefana Czarnieckiego, bohatera z czasów potopu szwedzkiego, który za zasługi w wojnie ze Skandynawami został mianowany starostą tykocińskim przez króla Jana Kazimierza. Sam memoriał pochodzi z 1763 roku i jest drugim w Polsce najstarszym świeckim pomnikiem po warszawskiej Kolumnie Zygmunta. Wokół rynku ulokowane są piękne parterowe domy, tworzące sielski klimat tego miejsca. Szczególnie w pamięć zapadł nam ten z dachem pokrytym czerwoną dachówką i ozdobnymi okiennicami. Największą budowlą zlokalizowaną przy wschodniej stronie centralnego placu Tykocina jest póżnobarokowy kościół Świętej Trójcy z 1749 roku, będący obecnie w trakcie remontu. Tuż obok świątyni znajduje się alumnat wybudowany w 1647 roku, jeden z najstarszych tego typu budynków w Polsce, który pierwotnie pełnił funkcję zakładu dla inwalidów wojennych, a obecnie mieści się w nim restauracja i hotel. Fani filmów “U Pana Boga w ogródku” oraz “U Pana Boga za piecem” mogą kojarzyć go z niektórych scen, z resztą przy wejściu wisi plakat nawiązujący do tych produkcji polskiego przemysłu kinematograficznego.

Z rynku udaliśmy się w kierunku zamku położonego po przeciwnej stronie Narwi. Od mostu na rzece musieliśmy przejść kilkaset metrów zanim dotarliśmy na dziedziniec warowni. Budowla jest współczesną rekonstrukcją renesansowego zamku wybudowanego w czasach panowania króla Zygmunta Augusta. Odbudowa odbywała się na podstawie archiwalnych planów oraz badań archeologicznych, a forteca obecnie jest w prywatnych rękach i pełni rolę muzeum oraz obiektu hotelarskiego. Po zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy z powrotem w stonę centrum miasteczka. Z mostu rozciągał się ładny widok na Narew z kościołem w tle.

Pisząc o Tykocinie nie sposób nie wspomnieć o społeczności żydowskiej, która zamieszkiwała miasto do wybuchu II wojny światowej. Wyznawcy judaizmu stanowili tu niegdyś 50 procent mieszkańców, a ich historia zaczęła się w 1522 roku, kiedy sprowadzono tu 10 rodzin starozakonnych z Grodna, w celu rozwijania handlu i rzemiosła. Na przestrzeni lat kolejni polscy monarchowie nadawali żydowskim kupcom liczne przywileje. Wielowiekową obecność Żydów odzwierciedla architektura miasteczka, gdzie zaznacza się podział na dwie części: chrześcijańską i żydowską. Najważniejszym zabytkiem jest Wielka Synagoga wybudowana w 1642 roku w stylu barokowym, uchodzi za jedną z najstarszych i największych w Polsce. Jak większość zabytków związanych z religią mojżeszową została zdewastowana podczas okupacji niemieckiej. Dopiero remont w latach 70. XX wieku przywrócił budynkowi dawną świetność. Obecnie mieści się w nim Muzeum Kultury Żydowskiej z bogatymi zbiorami. Niestety w poniedziałek podczas naszej wizyty było ono zamknięte, więc pozostało nam jedynie podziwianie budynku z zewnątrz.

Jak to zwykle bywa spacer w połączeniu ze zwiedzaniem wyzwolił w nas spory głód, dlatego zdecydowaliśmy się odwiedzić restaurację Tejsza usytuowaną w podziemiach Małej Synagogi. W obiekcie serwowane są dania regionalne z elementami kuchni żydowskiej. Ja zdecydowałem się na cymes (gulasz wołowy z marchwią i bakaliami na miodzie) w połączeniu z kuglem (babka ziemniaczana nadziewana mięsęm kurczaka i cebulą) oraz kwas chlebowy. Monika zamówiła bigos po żydowsku.

Najedzeni pożywną strawą mogliśmy ruszyć w dalszą podróż. Kolejnym punktem naszej eskapady był Supraśl, kilkutysięczne miasto położone nad rzeką o tej samej nazwie, około dziesięć kilometrów na północny wschód od Białegostoku. Miasteczko otoczają lasy Puszczy Knyszyńkiej, a dzięki walorom naturalnym, specyficznemu mikroklimatowi oraz złożom borowin od 1999 roku ma ono status uzdrowiska. Jego największą atrakcją jest prawosławny monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i Swiętego Jana Teologa, powstały na początku XVI wieku, znajdujący się przy wjeździe do miejscowości. Jadąc od strony Białegostoku już z daleka widać górującą nad całym kompleksem cerkwię.

My na początek udaliśmy się do centrum Supraśla zostawiając zwiedzanie klasztoru na później. Zaparkowaliśmy kampera niedaleko kościoła Świętej Trójcy, którego fasadę pokrywały rusztowania i postanowiliśmy pospacerować po okolicy. Uwagę zwracała parterowa drewniana zabudowa ulicy 3 maja, pełniącej rolę deptaka. Po obu jej stronach stały tak zwane domy tkaczy. Miasto w XIX wieku było ważnym ośrodkiem włókienniczym z wieloma manufakturami i zakładami produkującymi sukno, stąd nazwa tych budynków, gdyż zamieszkiwali je ludzie trudniący się wyrobem tkanin. O przemysłowej historii tego miejsca przypomina również obiekt położony na końcu promenady. Jest to pałac Buchholtzów, imponująca siedziba fabrykanckiego rodu, wybudowana na przełomie XIX i XX wieku w stylu secesyjnym. Obecnie mieści się tu Liceum Plastyczne imienia Artura Grottgera. Kilkaset metrów dalej od rezydencji przepływa rzeka Supraśl. Na jednym z jej brzegów istnieje plaża z kąpieliskiem oraz bulwary.

Znad rzeki udaliśmy się w stronę monasteru. Po drodzę minęliśmy prawosławny krzyż ustawiony na skarpie z pięknym widokiem na przepływający poniżej Supraśl. Scenka rodzajowa jaka ukazała się przed moimi oczami przywołała mi na myśl XIX wieczne malarstwo pejzażowe. Według legendy w tynm miejscu miał dobić do brzegu krzyż wypuszczony przez mnichów z Gródka, którzy szukali nowego miejsca na klasztor, gdyż miasto było dla nich zbyt gwarne. Opatrzność boża sprawiła, że to tutaj prawosławni zakonnicy wybudowali swoją nową siedzibę. Nieco dalej przy ulicy Konarskiego stoi drewniany Dom Ogrodnika z drugiej połowy XVIII wieku, niegdyś przeznaczony dla pracowników przyklasztornych ogrodów, potem funkjonowała w nim karczma oraz poczta, a obecnie pełni funkcje mieszkalne.

Kiedy dotarliśmy do monasteru okazało się, że poniedziałek jest dniem zamkniętym dla zwiedzających, a brama pod dzwonnicą prowadząca na dziedziniec była zamknięta. Sam obiekt jak już wspominałem we wcześniejszym akapicie powstał na początku XVI wieku i ma burzliwą i zagmatwaną historię. Na przestrzeni lat przechodził z rąk do rąk. Początkowo był to klaszietor prawosławny, następnie w 1635 roku przeszedł w ręce kościoła unickiego na prawie dwieście lat i w tym czasie przeżywał prawdziwy rozkwit, powstała tu między innymi drukarnia. W czasach zaborów w 1824 roku hierarchia prawosławna ponownie uzyskała władzę nad obiektem. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości monaster z kolei został przejęty przez kościół katolicki. W trakcie II wojny światowej wojska radzieckie zewastowały cerkiew i jej wyposażenie, a Niemcy dokończyli dzieła zniszczenia wysadzając ją w powietrze. Po wojnie zabudowania klasztoru mieściły szkołę rolniczą. Po wielu latach starań kościół prawosławny kolejny raz odzyskał monaster w latach osiemdziesiątych XX wieku, reaktywował zgromadzenie zakonne i odbudował cerkiew. Obecnie w zabudowaniach mieści się muzeum ikon oraz drukarstwa.

Ostatnim akcentem trzeciego dnia naszej wycieczki była wizyta w Białymstoku. Do stolicy Podlasia dotarliśmy około godzinyszesnastej i od razu udaliśmy się do pałacu Branickich. Późnobarokowa rezydencja magnacka z końca XVII wieku (budowa w latach 1691-1697) nazywana jest często “Wersalem Podlasia”, zaprojektował ją Tylman z Gameren. Na przestrzeni lat obiekt był przebudowywany, między innymi pod kierownictwem Jana Zygmunta Deybla oraz Jakuba Fontany, który nadał ostateczny kształt budowli, jaki możemy podziwiać obecnie. W XVIII wieku gościło tu wiele znakomitych postaci, monarchów, arystokratów, przedstawilcieli sztuki i nauki. Działał tu teatr, zespół baletowy, orkiestra, a w 1754 roku powstała pierwsza w Polsce uczelnia wojskowa – Wojskowa Szkoła Budownictwa i Inżynierii. W 1773 roku Komisja Edukacji Narodowej powołała Szkołę Akademicką Zgromadzenia Białostockiego. W trakcie zaborów pałac początkowo był własnością króla Prus, by następnie przejść w ręce cara Rosji Aleksandra I. Pod zarządem Romanowów rezydencja została zdewastowana, a wyposażenie wnętrz wywiezione do innych siedzib carskiego dworu. Pierwsza wojna światowa nie spowodowała większych zniszczeń, natomiast w trakcie drugiego globalnego konfliktu budynek znacząco uszkodziły niemieckie wojska wycofujące się w 1944 roku. Odbudowa pod kierunkiem Stanisława Bukowskiego miała miejsce w latach 1946-1960, a ogrody przypałacowe rekonstruowane są do dziś. Aktualnie w pałacu mieści się rektorat Uniwerystetu Medycznego oraz Muzeum Historii Medycyny i Farmacji

Kiedy przekroczyliśmy Bramę Gryfa (herb rodu Branickich) ukazała się nam biało żołta fasada największej atrakcji turytycznej Białegostoku. Nad nią zaczynały się kłębić szaroburę chmury zwiastujące nadchodzącą burzę. Wiedzieliśmy, że mamy mało czasu na zobaczenie obiektów i okalających ją ogrodów w stylu francuskim oraz angielskim. Odbiór rezydencji na pewno zaburza parking urządzony na dziedzińcu. Widok samochodów na tle reprezentatywnego i historycznego obiektu bardzo kontrastuje i nie pasuje do barokowego przepychu. Po przejściu do części ogrodowej mieliśmy okazję do krótkiego spaceru wzdłuż alejek z zadbanymi żywopłotami i kwietnikami oraz zrobienia kilku zdjęć fasady. Potem rozpętała się burza, która wymusiła naszą ucieczkę do kampera zaparkowanego przy murze zespołu pałacowego.

Burza nie odpuszczała przez dobrych kilkadziesiąt minut. Dopiero po ustaniu deszczu wyszliśmy z naszego Forda w dalszy spacer po Białymstoku. Spod pałacu Branickich udaliśmy się w stronę Rynku Kościuszki. Po drodze minęliśmy neogotycką archikatedrę Wniebwzięcia Najświętrzej Maryi Panny z 1905 roku, łudząco przypominającą katedrę Świętego Floriana na warszawskiej Pradze. Podobieństwo wynika z faktu iż obie budowle projektował ten sam architekt – Jan Pius Dziekoński. Co ciekawe do kościoła wybudowanego na początku XX wieku przylega inna, o wiele mniejsza świątynia, wzniesiona w 1625 roku w stylu późnorenesansowym, będąca najstarszym zachowanym obiektem mieście. Nieco dalej w centralnym punkcie rynku stoi osiemnastowieczny białostocki ratusz z 1761 roku, który obecnie jest siedzibą Muzeum Podlaskiego. Od głównego placu odchodzi ulica Lipowa, najbardziej reprezentatywna arteria w Białymstoku z licznymi sklepami, restauracjami, hotelami oraz zabytkami. Do najważniejszych z nich należy zaliczyć prawosławny sobór Świętego Mikołaja oraz modernistyczną bazylikę Świętego Rocha. Po spacerze wróciliśmy do kampera, by udać się na miejsce naszego ostatniego noclegu, w marinie Ośrodka Sportów Wodnych “Dojlidy”. Niestety pogoda tego popołudnia się popsuła. Zrobiło się chłodno i deszczowo. Po przyjeździe na miejsce i zajęciu stanowiska cały wieczór spędziliśmy w samochodzie. Z resztą wokół nas większość miejsc na kempingu byłą zajęta, a samochody i biwakujący ludzie rozstawieni ciasno koło siebie. Trudno w takich warunkach o intymną atmosferę. Mimo wszystko nocleg kosztował nas tylko 30 złotych plus opłata za zużycie energii elektrycznej. Co dało łącznie 33 złote, więc nie mogliśmy narzekać. Nazajutrz mieliśmy kierować się w stronę Gołębia zahaczając o wioski w tak zwanej Krainie Otwartych Kamienic. Baliśmy się, że pogoda może nam pokrzyżować plany.

Dzień 4

Ostatni poranek naszego wyjazdu był chłodny i pochmurny, na szczęście nie padało. Na Krainę Otwartych Okiennic składają się trzy miejscowości Soce, Puchły i Trześcianka. Cechą charakterystyczną tych wiosek i regionu jest unikalna architektura drewniana z bogatymi dekoracjami domostw oraz piękne cerkwie. Mnie o wiele bardziej interesowały prawosławne świątynie i to na nich skupiłem się podczas ostatniego dnia wyprawy. Pierwsza z nich pod wezwaniem Opieki Matki Bożej znajdowała się w Puchłach, z charakterystyczną niebieską elewacją i ozdobnymi białymi elementami. Wybudowana w 1919 roku. Kolejna w Trześciance, nieco starsza z 1867 roku z fasadą w kolorze zielonym, której patronem jest Archanioł Michał, oraz XIX wieczna cerkiew Podwyższenia Krzyża Pańskiego w Narwi z 1885 roku.

Po odwiedzeniu trzech urokliwych świątyń udaliśmy się do ostatniego punktu naszej podlaskiej wyprawy – skitu w Odrynkach. Za tą tajemniczą nazwą kryje się pustelnia dla prawosławnych mnichów pragnących żyć w surowszych warunkach niż klasztorze. Miejsce ascezy położone jest na wyspie w uroczysku Kudak i powstało w 2009 roku. Inicjatorem budowy tego obiektu był ojciec Gabriel, który mieszkał tu do momentu swojej śmierci w 2018 roku. Obecnie stacjonują tu dwaj mnisi.

Prawosławna pustelnia była ostatnim akcentem tej krótkiej, aczkolwiek intensywnej wyprawy. Mieliśmy przed sobą jeszcze do pokonania dwieście pięćdziesiąt kilometrów w drodze powrotnej do Gołębia, a więc jakieś trzy i pół godziny jazdy. Łącznie podczas tych czterech dni przejechaliśmy dziewięćset kilometrów. Dla mnie była to już kolejna podróż po Podlasiu, dlatego większość odwiedzonych miejsc znałem z poprzednich wypadów. Mimo wszystko lubię wracać w ten nieco egzotyczny region Polski. Panuję tu zupełnie inna atmosfera niż w innych częściach naszego kraju. Na przestrzeni lat mieszały się tu różne kultury i tradycje, a obok siebie żyli muzułmańscy Tatarzy, polscy katolicy, prawosławni Rusini, a także Żydzi. Wszystko to sprawia, że jest tu jakoś inaczej, bardziej klimatycznie. Może przez to, że żyjemy w kraju, który po II wojnie światowej stał się bardzo jednorodny pod względem etnicznym, językowym i religijnym. Podlasie przez to może być postrzegane jako ostatni skansen wielokulturowej Rzeczypospolitej zamieszkanej przez różne mniejszości. Jedno jest pewne, warto tu przyjeżdżać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *