Dzienniki z podróży

Kamperem przez Podlasie – czyli cztery dni egzotyki w polskim wydaniu, część pierwsza

Ten rok dla ludzi z zacięciem podróżniczym jest zupełnie inny niż poprzednie lata. Epidemia koronawirusa sprawiła, że wiele planów na wyjazdy zagraniczne musiało zostać zawieszonych i odłożonych na później, bądź w ogóle odwołanych. Obostrzenia związane z sytuacją epidemiologiczną w Europie i na świecie sparaliżowały ruch turystyczny na dobrych kilka miesięcy. Granice były pozamykane, międzynarodowe połączenia lotnicze zawieszone, a większość ludzi w obawie przed zarażeniem pozostawało w domach, ograniczając wyjścia do niezbędnego minimum. Obecny sezon wakacyjny jest wyjątkowy. Co prawda wszelkie środki ostrożności są powoli i sukcesywnie znoszone, wojaże poza Polskę stają się znowu możliwe, ale do normalności sprzed wybuchu pandemii jeszcze długa droga. Cała ta sytuacja zmusiła sporą część ludzi do spędzenia urlopu w naszym kraju.

Nie inaczej było ze mną. W tym roku raczej nie zanosi się bym wyruszył na następne rowerowe lub piesze eskapady po obcych krajach, tak jak to było w zeszłym roku. Dlatego musiałem poszukać destynacji na podróż na krajowym podwórku. Jako że niedawno przestałem być samotnym podróżnikiem, towarzyszem wyprawy została moja dziewczyna Monika. Wybór padł na na Podlasie. Oboje ze względu na obowiązki służbowe mieliśmy ograniczony czas, więc postanowiliśy objechać cały region mając do dyspozycji wolne cztery dni. Przy okazji chcieliśmy poczuć klimat caravaningu. W drogę wyruszyliśmuy kamperem pożyczonym od moich rodziców, którzy od wielu lat są entuzjastami takiej formy turystyki. Dla mnie jest to cały czas pewna nowość, bo zazwyczaj podczas moich wypraw używam siły mięśni do poruszania się w terenie, ale z pewnością jest to ciekawa alternatywa. Na pewno ma się podobną niezależność, co przy wyprawach z plecakiem albo sakwami rowerowymi, a szybkość z jaką pokonuje się kilometry jest znacznie większa.

Trasę ustaliłem w oparciu o noclegi na kempingach oraz atrakcje jakie chcieliśmy zobaczyć po drodze, co z punktu widzenia logistyki nie było łatwe. W Polsce caravaning nie jest jeszcze tak popularny jak w Skandynawii, czy Europie Zachodniej, a co za tym idzie ilość kempingów jest cały czas niezbyt duża. Nie ma też miejsc postojowych z zapleczem sanitarnym przy drogach, przystosowanych do kamperów i przyczep turystycznych takich jakie spotykałem w Norwegii. Tutaj jednak należy zaznaczyć, że Polska jest jednym z nielicznych krajów w Europie, gdzie zatrzymanie się na dziko nie jest karane mandatem. Co jest niewątpliwym plusem dla ludzi, którzy lubią mieć kontakt z przyrodą i pragną odpocząć z dala od cywilizacji. My jednak chcieliśmy mieć odrobinę luksusu w postaci prysznica, WC, a także przyłącza prądu, dlatego spaliśmy na kempingach. Ostatecznie trasa prezentowała się następująco:

Gołąb – Drohiczyn – Grabarka – Białowieża (nocleg) – Zalew Siemianówka – Kruszyniany – Bohoniki – Osowiec (nocleg) – Tykocin – Supraśl – Białystok (nocleg) – Puchły – Trześcianka – Odrynki – Narew – Gołąb

Dla mnie ta trasa była niejako powtórką i odświeżeniem wspomnień, gdyż dużą część z wyżej wymieionych miejsc odwiedziłem podczas moich poprzednich wypraw rowerowych.

Dzień 1

Kamper na codzień jest garażowany na działce moich rodziców we wsi Gołąb niedaleko Puław, stąd też wyruszyliśmy na Podlasie. Pierwszym przystankiem miał być Drohiczyn, małe miasteczko z wielokulturową tradycją, malowniczo położone nad Bugiem. Start nastąpił około godziny 8:30. Do pokonania mieliśmy około 150 kilometrów, GPS przewidywał, że pokonanie tego dystansu zajmie jakies 2,5 godziny. Jednak biorąc pod uwagę żwawość naszego prawie 30 letniego Forda obciążonego częścią mieszkalną, należało dodać 30 minut do szacowanego czasu przejazdu. Jadąc w kierunku Drohiczyna rozważałem przekroczenie Bugu za pomocą promu w Bużyskach, co byłoby atrakcją samą w sobie, gdyż jest on napędzany siłą ludzkich mięśni, ale ostatecznie przejachaliśmy rzekę mostem we Frankopolu oddalonym o około 10 kilometrów.

Kamper gotowy do wyjazdu – kierunek Podlasie

Około godziny jedenastej dotarliśmy do pierwszego punktu naszej wycieczki. Drohiczyn przywitał nas senną atmosferą, typową dla niewielkiej miejscowości, wszak miasteczko ma niewiele ponad dwa tysiące mieszkańców. Dodatkowo przedpołudniowy upał potęgował wrażenie spowolnienia czasu, tak jakby trwała siesta znana z krajów śródziemnomorskich. Oprócz nas dało się zauważyć grupki turystów spacerujących wokół rynku, gęsto porośniętego drzewami, które dawały cień i wytchnienie niczym oaza na pustyni. Z rynku udaliśmy się na Wzgórze Zamkowe, skąd można podziwiać piękną panoramę meandrującego Bugu. Na szczycie wzniesienia w czasach świetności miasta wznosiła się warownia, wybudowana najprawdopodoniej w XIV wieku. Obecnie nie ma po niej żadnego śladu, a na jej miejscu znajduje się taras z pięknym widokiem na zakole rzeki oraz obelisk poświęcony odzyskaniu przez Polskę niepodległości.

Po zejściu ze wzniesienia udaliśmy się na krótki spacer ulicami Drohiczyna, który prawa miejskie uzyskał w XV wieku, a do czasów rozbiorów pełnił funkcję stolicy województwa podlaskiego. Bogatą historię miasteczka widać w jego architekturze. Są tu trzy kościoły katolickie: Katedra św. Trójcy z klasztorem jezuitów, gdzie mieści się Wyższe Seminarium Duchowe, kościoł franciszkanów p.w. Wniebowzięcia NMP oraz kościół benedyktynek p.w. Wszystkich Świętych, a także cerkiew św. Mikołaja.

Kolejnym punktem tej upalnej soboty była oddalona o dwadzieścia pięć kilometrów Grabarka, święta góra dla wyznawców prawosławia w naszym kraju, miejsce wielu pielgrzymek, co sprawia, że jest porównywana do Sanktuarium w Częstochowie. Według legendy okoliczni mieszkańcy mieli się na niej schronić w czasie epidemii cholery panującej tu na początku XVIII wieku i cudem przetrwać zarazę. Na święto Przemienienia Pańskiego 18 i 19 sierpnia przybywa tu co roku kilkadziesiąt tysięcy wiernych. Na szczycie pagórka wznosi się cerkiew, którą wybudowano na zgliszczach poprzedniej zabytkowej świątyni, zniszczonej w trakcie pożaru w 1990 roku, powstałego na wskutek podpalenia. Oprócz tego na wzgórzu znajduje się klasztor żeński, jedyny taki na terenie naszego kraju oraz cmentarz. Jednak najbardziej charakterystycznym elementem tego miejsca są krzyże wotywne przynoszone tu przez pątników i wbijane wokół cerkwii. Ludzie w ten sposób zanoszą swe modlitwy błagalne lub dziękczynne do Boga. Atmosfera tu panująca ma coś z mistycyzmu i zmusza do refleksji, a widok wielu tysięcy krzyży porusza, gdyż za każdym z nich kryje się jakaś historia ludzkiego życia. U podnuża Grabarki znajduję się również źródełko, w którym pielgrzymi obmywają ciało albo z którego piją wodę, wierząc w jej cudowne właściwości, mogące leczyć różne schorzenia. W momencie naszej wizyty na terenie klasztoru był spory tłum ludzi, wyglądający bardziej na turystów niż pątników, a wokół murów ustawiły się rówież kramy z dewocjonalniami, produktami regionalnymi oraz lokalnym rękodziełem, co troszkę niektórym mogłoby przeszkadzać i burzyć konteplacyjną aurę tego miejsca. Dla mnie był to już trzeci raz z górą Grabarką, a poprzednio gościłem tu w maju zeszłego roku, będąc niemal sam na początku mojej wyprawy rowerowej na Nordkapp.

Świętę miejsce wyznawców prawosławia opuściliśmy kierując się w stronę Białowieży, gdzie zaplanowaliśmy nocleg na kempingu. Mieliśmy do pokonania osiemdziesiąt pięć kilometrów z przerwą na zakupy w Hajnówce. Po opuszczeniu Hajnówki wkroczyliśmy naszym kamperem do Puszczy Białowieskiej, co dało się wyraźnie odczuć na drodze. Jezdnia znacząco się zwęziła, tak że auta mijały naszego Forda dosłownie o włos, dlatego w trakcie jazdy trzeba było zachować czujność. Do tego na odcinku bliżej Białowieży trwały prace remontowe, więc do miejsca docelowego musieliśmy przedzierać się objazdem po krętych i nierównych wiejskich duktach. Około godziny szesnastej z małymi problemami dotarliśmy do Dom Pod Bocianem przy którym działa również kemping. Miejscówka przypadła nam do gustu ze względu na uprzejmych i gościnnych gospodarzy oraz stadko kotów i uroczego psa rasy Samoyed, który jest chyba maskotką tego pensjonatu. Mało osób przechodziło obok niego obojętnie, a my także musieliśmy go trochę potarmosić po śnieżnobiałej, puchatej sierści. Wokół nas było sporo przyczep, kamperów i ludzi z namiotami. Mimo wszystko nie odczuwało się tłoku i kolejek do sanitariatów. Nocleg kosztował nas nieco ponad siedemdziesiąt złotych.

Po zaparkowaniu samochodu i podłączeniu do prądu postanowiliśmy wyjść na popołudniowy spacer po wsi. Na początku skierowaliśmy się w stronę Parku Pałacowego, gdzie znajduje się piękny Dworek Gubernatora Grodzieńskiego z 1845 roku oraz majestatyczny gmach dyrekcji Białowieskiego Parku Narodowego, zbudowany na miejscu dawnego pałacu carskiego. Najstarszym zabytkiem zachowanym kompleksie jest obelisk z 1752 roku upamiętniający polowanie króla Augusta III Sasa, który usytuowany jest na grobli między stawami.

Spacer oraz ponad dwustu piędziesięcio kilometrowa podróż sprawiły, że staliśmy się głodni. To był znak do poszukania kanjpy, gdzie moglibyśmy coś zjeść. Wybór padł na bistro Babushka naprzeciwko dawnej stacji kolejowej. Lokal wystrojem nawiązuje do typowej wiejskiej chałupy z Podlasia i serwuje kuchnię kresową. Widać, że jest to miejsce popularne i dość oblegane przez turystów. Do zamówienia ustawiała się spora kolejka, a wydawane dań odbywało się niczym na taśmie produkcyjnej. Mimo wszystko czas oczekiwania na posiłki był bardzo krótki. Ja zamówiłem zupę soliankę, pielmieni z mięsem baranim oraz kwas chlebowy. Monika zadowoliłą się samym chłodnikiem. Wszystko smacznie, szybko i za rozsądne pieniądze. W końcu lokal ma w nazwie bistro, więc chyba takie powinny być wobec niego oczekiwania.

Posileni wschodnimi specjałami postanowiliśmy zobaczyć cerkwię św. Mikołaja, wybudowaną w 1895 roku z czerwonej cegły. Ciekawostką jest ikonostas wykonany z chińskiej porcelany. W trakcie naszej wizyty akurat odbywało się nabożeństwo, dlatego dyskretnie tylko na chwilę zajrzeliśmy do wnętrza świątyni. Pewnie dla większości Polaków doświadczenie liturgii prawosławnej jest z pewnością dość sporą egzotyką, biorąc oczywiście pod uwagę zdecydowaną większość wyznawców religii rzymskokatolickiej w naszym kraju. Na mnie zawsze robi wrażenie śpiew popa albo chóralne śpiewy wiernych bez towarzyszenia przy tym żadnych instrumentów muzycznych. Jest w tym coś przejmującego i chwytającego za duszę. Po tej małej dawce zwiedzania udaliśmy się na kemping, by odpocząć przed drugim dniem podróży. Nazajutrz mieliśmy w planach z samego rana odwiedzić Rezerwat Pokazowy Żubrów, by przekonać się, czy rzeczywście dobrze jest posiedzieć przy tym zwierzęciu, jak przekonuje reklama pewnej marki piwa.

Ciąg dalszy nastąpi…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *