Dzienniki z podróży

KAMPEREM PRZEZ PODLASIE – CZYLI CZTERY DNI EGZOTYKI W POLSKIM WYDANIU, CZĘŚĆ DRUGA

Kontynuacja poprzedniego wpisu, który możecie przeczytać pod tym adresem: http://warszawiakwpodrozy.pl/kamperem-przez-podlasie-czyli-cztery-dni-egzotyki-w-polskim-wydaniu-czesc-pierwsza/

Dzień drugi

Drugi dzień naszej krótkiej wyprawy postanowiliśmy rozpocząć od wizyty w Rezerwacie Pokazowym Żubrów, znajdującym się kilka kilometrów od Białowieży, niedaleko drogi do Hajnówki. Historia tego miejsca sięga 1929 roku, kiedy żubr był w zasadzie gatunkiem wymarłym i nie występował w naturalnym środowisku. Jego białowieska populacja wyginęła w 1919 roku, a kaukaska w 1927 roku. W tamtym czasie żyło na świecie jedynie kilkadziesiąt osobników, głównie w ogrodach zoologicznych i w prywatnych hodowlach. Na podstawie tych zwierząt zaczęto proces odbudowywania liczebności oraz reintrodukcję gatunku, czyli przywrócenie do pierwotnego miejsca bytowania. Pierwsze żubry wypuszczono na wolność w 1952 roku, a pierwsze cielę przyszło na świat w warunkach naturalnych w 1957 roku. Obecnie w Polsce żyje ponad dwa tysiące przedstawicieli tych ssaków, z czego większość stanowią stada wolnościowe. Rezerwat w dzisiejszym kształcie powstał 1937 roku, a dla turystów został udostępniony w 1955 roku. Na powierzchni 27 hektarów oprócz żubrów eksponowane są inne gatunki zwierząt. Między innymi wilki, rysie, sarny, jelenie, dziki, łosie.

Bilety wstępu zakupiliśmy dzień wcześniej na stronie Białowieskiego Parku Narodowego. Koszt wejściówki dla osoby dorosłej to 10 złotych. Na miejscu stawiliśmy się przed godziną 9:00, jeszcze zanim otwarto bramy dla zwiedzających. Przed nami ustawiła się niewielka kolejka złożona z kilkunastu osób. Chwilę potem przekroczyliśmy progi rezerwatu. Początkowo idąc wzdłuż ogrodzeń wybiegów nie mogliśmy dostrzec żadnego zwierzęcia. Mijaliśmy kolejne zagrody. Rysie się pochowały, wilki też, jelenie to samo. Pojawiło się w nas zwątpienie i obawa, o to czy w ogóle uda nam się tu coś wypatrzeć, bez używania sprzętu optycznego. Jednak kiedy dotarliśmy do sektora żubrów, ukazał nam się widok małego stadka pasącego się przy płocie, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Te największe ssaki lądowe zmieszkujące Europę wydawały się w ogóle nie zwracać uwagi na oglądających je ludzi. Dostojnie prezentowały swe duże cielska, skubiąc przy tym trawę, od czasu do czasu podosząc łeb by rzucić znudzone spojrzenie w bliżej nie określonym kierunku. Pomiędzy dorosłymi osobnikami radośnie pląsały małe cielaki, które wyglądały jakby bawiły się w berka, wywołując przy tym uśmiech na naszych twarzach. Oczywiście nie mogło się obejść bez uwiecznienia tej scenki rodzajowej na zdjęciach.

W kolejnej zagrodzie spotkaliśmy żubronie, zwierzęta będące krzyżówką żubra i krowy. W Polsce żyje tylko kilka sztuk tego mieszańca. Jego historia sięga połowy XIX wieku, a dokładnie 1847 roku, kiedy urodził się pierwszy osobnik. Zasadniczym celem stworzenia tego gatunku było uzyskanie przedstawicieli bydła domowego odporniejszego na warunki zewnętrzne, przystosowanego do hodowli na nieużytkach poza zabudowaniami gospodarczymi. Ze względu na duży temperament tych hybrydowych zwierząt pomysł zarzucono i zaprzestano dalszej hodowli. Żubronie są masywniejsze niż żubry, a ich masa dochodzi nawet do 1200 kilogramów. Samiec w pierwszym pokoleniu jest zazwyczaj bezpłodny. Ten z białowieskiego rezerwatu jest naprawdę potężny. Wygląda jak zwykły żubr nieco przypakowany sterydami.

Żubroń – krzyżówka żubra i bydła domowego

W kolejno mijanych zagrodach mieliśmy okazję zobaczyć żbika, który wydawał się być nieco smutny z faktu bycia zamkniętym w klatce. Potem przechodziliśmy koło łosi przeżuwających swoje smakołyki podane w paśniku. Następne były leniwe dziki, leżące w błocie, odwrócone przy tym zadami w stronę publiczności. Obecność ludzi wydawała się być im całkowicie obojętna, a od czasu do czasu wydawały z siebie wesołe pochrumkiwania. Być może śniła im się wolność w lesie. Ostatnimi zwierzętami jakie udało nam się zobaczyć w rezerwacie były koniki polskie.

Będąc w Białowieży wypada również zobaczyć pierwotny fragment Puszczy Białowieskiej. Jednak my zrezygnowaliśmy z wizyty w Rezerwacie Ścisłym Białowieskiego Parku Narodowego, głównie ze względu na napięty harmonogram, poza tym wstęp do tej części odbwa się tylko i wyłącznie w zorganizowanych grupach pod opieką licencjonowanego przewodnika. Może następnym razem.

Kolejnym punktem w programie naszej wycieczki były Kruszyniany, tatarska wioska słynąca z drewnianego meczetu oraz mizaru, czyli muzułmańskiego cmentarza. Islam jest bardzo niszową religią w Polsce, więc miejsce to niesie ze sobą duże znamiona egzotyki. W końcu na terenie naszego kraju znajduje się raptem kilka świątyń i nekropolii wyznawców Mahometa. Z Białowieży mieliśmy do pokonania około 80 kilometrów. Po drodze postanowiliśmy zajechać nad Zalew Siemianówka w miejscowości Stary Dwór. Jest to sztuczne jezioro, powstałe na wskutek spiętrzenia wody na rzece Narew, ma powierzchnie 32 kilometrów kwadratowych. Oprócz funkcji energetycznej i nawadniającej pobliskie obszary, pełni również funkcje rekreacyjne. Wykorzysywane jest przez miłośników sportów wodnych, plażowiczów oraz wędkarzy. Plaża w Starym Dworze dysponuje bogatym zapleczem w postaci kempingu, zaplecza sanitarnego, placów zabaw, boisk, amfiteatru i widać, że jest to popularne miejsce do spędzania wolnego czasu w upalne dni. Dla mnie była to niejako wizyta sentymentalna, gdyż spałem tu w namiocie podczas mojej wyprawy na Nordkapp. Wtedy na początku maja były tu kompletne pustki.

Trasa do Kruszynian minęła nam na jeździe lokalnymi drogami, które momentami były nierówne, a ostatni odcinek prowadził szutrami, przez co nasza prędkość nie była zbyt rewelacyjna. Dzięki temu mogliśmy z większą uwagą podziwiać otaczający nas krajobraz. W okolicach południa dotarliśmy do wsi od lat zamieszkiwanej przez Tatarów. Od razu po wjeździe do miejscowości dało się zauważyć wzmożny ruch, spotęgowany przez turystów. W sumie nie mogliśmy się dziwić, wszak była to niedziela w sezonie wakacyjnym. Na parkingu przy meczecie dostrzegliśmy kilkadziesiąt aut oraz jeden autokar. Obserwując tablice rejestracyjne samochodów można było stwerdzić, że odwiedzają te miejsce ludzie z całej Polski. Po zaparkowanu naszego kampera w pierwszej kolejności udaliśmy się na pobliski mizar. Odbiór tego miejsca zakłócał nieco spory tłum turystów, a także duża grupa zorganizowana, którą oprowadzał po nekropolii pan Dżemil, opiekun meczetu. Najstarszy nagrobek z czytelnym napisem pochodzi z 1699 roku. Stare pomniki są najczęściej dwoma głazami postawionym bezpośrednio w ziemi, te nowsze przypominają chrześcijańskie mogiły wykonane z lastryka albo granitu. Różnią się tylko tym, że zamiast krzyży są na nich umieszczone półksiężyce z gwiazdą, arabskie inskrypcje oraz egzotyczne imiona z polskimi nazwiskami. Wszystkie groby zorientowane są na wschód w stronę Mekki.

Po krótkim zwiedzaniu cmentarza podeszliśmy pod meczet. Ze względu na spore zainteresowanie, wejście do świątyni odbywało się turami, dlatego postanowiliśmy odpuścić sobie wizytę w środku. Ja byłem w tym miejscu już trzeci raz, a poprzednio miałem okazję zobaczyć wnętrze i wysłuchać opowieści pana Dżemila na temat społeczności tatarskiej w tym miejscu. Oprócz mnie nie było wtedy nikogo. Sam meczet jest najstarszą tego typu budowlą w Polsce. Dokładna data budowy nie jest znana, przyjmuje się, że jest to przełom XVIII i XIX wieku. Wcześniej na tym miejsccu stał inny meczet, o którym wspominają dokumenty z 1717 roku. Świątynia jest wykonana z drewna na wzór okolicznych kościołów i cerkwi, gdyż Tatarzy nie zajmowali się ciesielstwem, więc zlecili budowę miejscowym rzemieślnikom. Jako ciekawostkę można podać fakt, że Kruszyniany odwiedził Książe Karol, następca tronu brytyjskiego, o czym informuje tablica parafialna ze zdjęciem przyszłego brytyjskiego monarchy. Wieś oprócz muzułmańskich Tatarów zamieszkują też katolicy i prawosławni, co sprawia, że jest to niezwykła mieszanka, a w kalendarzu mieszkańców bardzo często widnieje jakieś święto. Ponoć w święta chrześcijańskie wyznawcy islamu nie wykonują prac mogących przeszkadzać w uroczystościach sąsiadów, natomiast chrześcijanie rewanżują się tym w dni świąteczne mahometan, a wszyscy od latu żyją tu w zgodzie i harmonii.

Będąc w Kruszynianach grzechem byłoby nie spróbować prawdziwego tatarskiego jedzenia. Dlatego postanowiliśmy odwiedzić Tatarską Jurtę, słynne gospodarstwo agroturystyczne prowadzone od kilkunastu lat przez panią Dżenettę Bogdanowicz. W maju 2018 gospodarstwo dosczętnie spłoneło w pożarze, jednak w niecały rok udało się je odbudować i w majówkę 2019 roku zaczęło ponownie przyjmować gości. Na pierwszy rzut oka widać, że jest to miejsce bardzo popularne zwłaszcza w niedziele. Na parkingu stało dużo aut, motocykli oraz rowerów, a do wejścia ustawiła się kolejka w oczekiwaniu na wolny stolik, mimo iż lokal jest sporej wielkości. Po chwili kelnerka zaprosiła nas do stołu i wręczyła menu z nieco egzotycznymi nazwami potraw. Najsłynnieszą z nich jest pierekaczewnik, czyli cienkie zapiekane ciasto makaronowe poprzekładane nadzieniem, przypominające nieco włoską lasagne. Niestety ta pozycja nie była dostępna. Wobec tego zdecydowałem się na bielusz (ciasto drożdżowe wypełnione mięsem z indyka, dynią i cebulą) oraz kryszonkę (danie jednogarnkowe zcduszona wołowina i warzywami), do tego herbatę tatarska z mieszanką aromatcznych ziół. Monika zadowoliła się zupą kurkową. W budynku oprócz części restauracyjnej znajduje się również małą izba pamięci prezentująca pamiątki związane ze społecznością polskich Tatarów.

Posileni doskonałym jedzeniem ruszyliśmy w dalszą drogę do Bohonik, małej wsi położonej kilka kilometrów od Sokółki, kolejnego miejsca związanego z Tatarami. Mieliśmy do pokonania niecałe 40 kilometrów. Po drodze minęliśmy Krynki przejeżdżając po największym rondzie w Europie, do którego dochodzi aż 12 ulic.

Krynki – największe rondo w Europie

Jakieś pół godziny potem dojechaliśmy do Bohonik. W pierwszej kolejności odwiedziliśmy mizar położony na skraju wsi, na wzniesieniu pokrytym lasem. Tutaj w przeciwieństwie do Kruszynian nie było tłumu, a poza nami cmentarz zwiedzało kilka osób, co nadawało temu miejscu delikatną aurę tajemniczości. Widać, że nekropolia jest cały czas używana, gdyż na dużym obszarze stoi tu sporo współczesnych grobów, a na wielu pomnikach są daty ludzi zmarłych w XXI wieku.

Następnie udaliśmy się do meczetu usytuowanego w centrum wsi. Jest on nieco młodszy i mniejszy niż jego “starszy brat” w Kruszynianach. Został zbudowany pod koniec XIX wieku, jednak dokładna data powstania nie jest znana, prawdopodobnie był to 1878 rok. Na wejściu przywitała nas pani Eugenia, miejscowa Tatarka, która opiekuje się tym miejscem. Po uiszczeniu przez nas symbolicznej opłaty zaprosiła nas do środka. Oczywiście po przekroczeniu progu zdjęliśmy obuwie i udaliśmy się do głównej sali, gdzie znajduje się mihrab, czyli wnęka wskazująca kierunek do Mekki. Meczet podzielony jest na dwie części: męską (główną) oraz żeńską oddzieloną przepierzeniem, tak by kobiety nie rozpraszały płeć przeciwną w trakcie modlitwy. Gdy zebrała się kilkuosobowa grupa, gospodyni zajęła miejsce na minbarze (kazalnicy) niczym imam i zaczęła opowiadać śpiewnym podlaskim akcentem o historii islamu oraz miejscowych muzułmanów. Z jej pogadanki można było się dowiedzieć, że Tatarzy trafili do Bohonik za sprawą króla Jana III Sobieskiego, który w ramach rekompensaty za niewypłacony żołd nadał im ziemię. Z biegiem czasu zasymilowali się z miejscową ludnością, żeniąc się z chrześcijańskimi kobietami i przyjmując ich nazwiska. Na ścianach świątyni powieszone są muhiry, czyli wersety koranu pisane w języku arabskim oraz ozdoby z motywami roślinnymi, gdyż w meczecie zabronione jest umieszczanie jakichkolwiek ludzkich wizerunków. Po skończonym monologu pani Eugenii, zrobiliśmy kilka zdjęć wnętrza i fasady.

Po wizycie w Bohonikach udaliśmy się w stronę miejscowości Osowiec – Twierdza nad rzeką Biebrzą. Tam mieliśmy spędzić noc na polu namiotowym Bóbr, prowadzonym przez Biebrzański Park Narodowy. Do przejechania było 85 kilometrów. Na miejscu okazało się, że pole jest w zasadzie kempingiem z przyłączami prądu, sanitariatami oraz wiatami. Także spełniało podstawowe potrzeby niewymagających caravaningowców. Całość kosztowała nas 43 złote, a więc cena niska i adekwatna do standardu obiektu. Najważniejsze, że była ciepła woda, poza tym więcej do szczęścia nie potrzebowaliśmy. Oprócz nas na polu było jeszcze kilka kamperów, dwie przyczepy oraz kilka namiotów.

Zaraz po ogarnięciu naszego samochodu poszliśmy na spacer nad Biebrzę, która przepływała tuż przy kempingu. Niemal na całej długości rzeki rozciągają się rozległe bagna i podmokłe tereny, co sprawia, że jest to doskonałe środowisko dla komarów. Zanim doszliśmy do brzegu moskity miały znakomitą okazję do napicia się świeżej krwi. Na nieszczęście przed wyjściem zapomniliśmy użyć repelentu, więc nie minęło zbyt wiele czasu zanim zostaliśmy porządnie pokąsani. Atrakcją był drewniany most, który został wyłączony z użykowania dla ruchu drogowego. Kiedy weszliśmy na odeskowaną jezdnie, pod naszymi nogami dało się słyszeć od czasu do czasu skrzypienie oraz wyczuwaliśmy ruch weksploatowanych elementów. Potem udaliśmy się w kierunku dyrekcji Biebrzańkiego Parku Narodowego i twierdzy. XIX wieczny obiekt militarny nie był szczególnie ważny na naszej liście obiektów do zobaczenia na tej wycieczce, dlatego odpuścilismy sobie jego zwiedzanie. Jakoś nie jesteśmy fanami militariów. BPo spacerze wróciliśmy na kemping, gdzie mogliśmy podziwiać piękny zachód słońca. Tym miłym akcentem zakończyliśmy dzień pełen zwiedzania. Nazajutrz planowaliśmy ruszyć w stronę Tykocina.

CDN…

komentarze 2

  • Iga

    Bardzo ciekawa opowieść i piękne zdjęcia! Przy okazji przejazdu przez Krynki- brakuje mi wzmianki o proroku Ilji- znaszli opowieść o podlaskiej sekcie?

  • Maciej Kurnicki

    Dzięki Iga! Miło jest czytać komentarze, bo to znak, że ktoś przeczytał ten tekst 😉 O proroku nie słyszałem, chociaż w Krynkach byłem już trzy razy, ale zawsze przejazdem. Muszę w takim razie zapoznać się z tą historią. Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *