Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień trzynasty

Trasa: Ablacion de Campos – Calzadilla de la Cueza, Dystans: 32,4 km

Trasa – dzień trzynasty

Zanim napiszę o tym co działo się dzisiaj, zacznę od opisu wczorajszego wieczoru. W albergue zebrała się grupa ludzi, która wykrystalizowała się już jakiś czas temu. Obiekt mógł pomieścic 18 osób i nie miał niczego poza łóżkami, łazienką i małą kuchenką, wszystko to za 5 Euro. Czyli typowe schronisko prowadzone przez samorząd dla mało wymagajacych pielgrzymów. Może dlatego na nocleg w zostali w nim sami młodzi ludzie oraz jeden hipis z Luksemburga, który na moje oko mógł być nieco młodszy od moich rodziców. Podstawową zaletą tego miejsca była niewygórowana cena. Sala nie wypełniła się w całości. Oprócz mnie, na łózkach obok spali: Sergio i Kristina z Włoch, Daniel z Hiszpani, Pierre i Valentine z Francji, Yuki z Japonii oraz wspomniany przeze mnie luksemburski hipis. Wszystkich już wcześniej znałem z poprzednich etapów. Każdy na trasie ma inne tempo marszu, ale po południu w albergue zazwyczaj spotyka się ten sam krąg osób.

Wieczorem przychodzi czas na kolację. Posiłek często przyrządza się samodzielnie w hostelach albo korzysta się z menu pielgrzyma oferowanego przez miejscowe knajpki. Zazwyczaj jest to koszt około 10 Euro za dwudaniowy posiłek z deserem. Ja zdecydowałem się skorzystać z oferty restauracji w hotelu obok. Jej właściciele zarządzali również hostelem i przy meldowaniu zaprosili mnie na wieczerzę, serwowaną o godzinie 19. Z racji tego, że w wiosce nie było dobrze wyposażonego sklepu przystałem na tę propozycję. Na pewno się nie zawiodłem. Punktualnie stawiłem się w hotelowej jadalni, gdzie znajdował się stół z nakryciami dla 6 osób. Potem dołaczyli do mnie Pierre i hipis z mojego albergue, małżeństwo z Quebecku w Kanadzie i pani z Wielkiej Brytanii. Posiłek składał się z dużej wazy zupy krem z warzyw, do tego ogromna paella z owocami moża, desser oraz wina, a to wszystko praktycznie bez ograniczeń za 9 Euro. Do tej pory kiedy korzystałem z menu del peregrino restauratorzy szli po najmniejszej linii oporu, w szczególności jeśli chodzi o wielkość porcji. W tym przypadku naprawdę była miła odmiana. Bardzo smacznie i do syta! Przy stole oczywiście wywiązała się kurtuazyjna rozmowa, brylował w niej Pierre.

Następnego dnia wstałem o godzinę później niż zwykle. Jakoś tak dobrze mi się spało. Może to efekt kolacji? Gdy otworzyłem oczy zobaczyłem, że wokół mnie wszystkie łóżka są już puste, więc wszyscy wyszli już na trasę. Poczułem się tak jakbym zaspał do pracy, dlatego pośpiesznie spakowałem plecak i ruszyłem w drogę. Niedługo po opuszczeniu wioski minąłem Pierra, następnie Daniela oraz Kristinę. W między czasie wschodzące słońce urządziło prawdziwy spektakl barw, rzucając czerwoną a potem złotą poświatę na ciągnące się po horyzot pola. Dzisiaj czułem się znowu jak w Polsce, ze wzgledu na otaczający mnie krajobraz oraz dosyć chłodną aurę. Trasa wiodła przez typowo płaski i rolniczy teren. Po drodze nie było zbyt wielu miasteczek i innych atrakcji kulturowych. Jeden z odcinków miał 15 kilometrów długości bez żadnych większych zabudowań. Pewien przedsiębiorczy miejscowy ustawił się foodtruck-iem w polu, oferując coś do jedzenia i wypicia. Ciekawy był to widok, zobaczyć przyczepę gastronomiczną pośrodku niczego, ustawioną na ściernisku. Przed godziną 13 dotarłem do albergue w Calzadilla de la Cueza. Na miejscu od jakiś 10 minut był już Sergio. Okazało się, że dzisiaj zaczął wędrówkę ponad godzinę wcześniej niż ja, więc tempo miałem ekspresowe. Potem sukcesywnie dochodzila reszta ze wczorajszej grupy. Oprócz Pierra, który nie załapał się na miejsce i spędzi noc w sąsiednim hostelu oraz luksemburskieg hipisa. On jednak nie wyglądał na kogoś w pośpiechu, być może zajmuje się teraz tkaniem materiałowych bransoletek, tak jak poprzedniego wieczoru.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *