Non classé

Camino Frances – dzień szesnasty

Trasa: Puente Villarente – San Martin del Camino, Dystans: 37,8 km

Trasa – dzień szesnasty

Pierwsze dni jesieni przyniosły w Hiszpanii dosyć chłodne poranki. Nad ranem temperatura spadła sporo poniżej 10 stopni Celsjusza. Kiedy wychodziłem z albergue, każdy mój odddech wiązał się z obłokiem pary wodnej wydobywającej się z ust, widocznej w świetle latarki. Po raz kolejny pod kurtką miałem bluzę z polaru, żeby zapewnić sobie komfort cieplny w pierwszych dwóch godzinach marszu przed pojawieniem się pierwszych promieni słonecznych. Dzisiejszą noc spędziłem w sali z czterema łóżkami bez żadnego towarzystwa, dlatego można powiedzieć, że za 5 Euro miałem swój prywatny pokój. Taka sytuacja to prawdziwy luksus na Camino, biorąc pod uwagę rosnącą z roku na rok liczbę pielgrzymów przemierzających szlak. Dzięki temu uniknąłem niewyspania z powodu chrapania i innych odgłosów wydawanych przez współtowarzyszy. Po przebudeniu mogłem normalnie zapalić światło i w komfortowych warunkach, bez pośpiechu spakować plecak. Niby mała nieznacząca rzecz, ale robi różnicę.

Tak jak zwykle pierwsze 10 kilometrów przeszedłem po ciemku, aż do miasta Leon. Na jego przedmieściach wspiąłem się na niewielkie wzniesienie, skąd mogłem podziwiać wschód słońca, tworzący pomarańczową poświatę, która nakreśliła na niebie świetlną granicę pomiędzy nocą a dniem. Efekt był na prawdę bardzo widowiskowy. Jasny półksiężyc lewitował nad morzem jaskrawej łuny. Jakby wisiał na sznurku nad kraterem rozgrzanej lawy. Po kilku minutach obserwacji tego zjawiska ruszyłem w kerunku Leon, powoli budzącego się ze snu.

Na wyprawach nie za bardzo lubię przedzierać się przez duże miasta. Zazwyczaj traci się w nich dużo czasu na postoje przy skrzyżowaniach, łatwo jest też zgubić szlak, a nie ma też za bardzo czasu na głębsze poznanie zabytków danej metropolii lub dłuższy spacer. Dlatego do zwiedzania takich miejscowości lepiej sprawdzają się wyjazdy weekendowe. Głównym punktem kastylijskiego grodu jest gotycka katedra z XIII wieku, przypominająca tę z Burgos, ale nieco mniej efektowna. Poza tym po drodze minąłem kilka zabytków o mniejszym znaczeniu i bez większych postojów udałem się w dalszą wędrówkę szlakiem świętego Jakuba.

Dzisiejszy marsz przebiegał głównie ścieżką wzdłuż bardzo ruchliwej drogi, albo przez Leon i jego przedmieścia. Dlatego nie było okazji do podziwiania krajobrazu i ciekawych widoków. Może z biegiem czasu się to zmieni, gdyż w odległości kilkudziesięciu kilometrów na widnokręgu dostrzegłem pofałdowaną sylwetkę Gór Kantabryjskich. Bezchmurne niebo pozwalało na obserwację obiektów znajdujących się w znacznej odległości ode mnie. Po 37 kilometrach wędrówki w okolicach godziny 13 dotarłem do schroniska w miejscowości San Martin del Camino. Tam tradycyjnie pobyt zacząłem od kąpieli pod prysznicem i wyprania ubrań. To taki rytuał na Camino. Potem szybki lunch i w tym momencie piszę relację z kotem na kolanach, który stał się moim kumplem po tym jak dostał do jedzenia kawałek kiełbasy chorizo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *