Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień siódmy

Trasa: Logrono – Azofra, Dystans: 34,8 km

Trasa: dzień siódmy

Dzisiejszą relację zacznę wzmianką o wczorajszej kolacji. Jak już pisałem w poprzednim poście w schronisku pielgrzymom oferowano nocleg z wieczornym posiłkiem serwowanym o 20:15, a wszystko to za donację, czyli opłatę wedle uznania. Oczywiście to nie znaczy, że można wyjść bez zostawienia datku. Byłoby to nieuczciwe w stosunku do ludzi prowadzących albergue i ich pracy. Zwłaszcza, że robią to za darmo jako wolontariusze. W tym przypadku były to dwie miłe panie pochodzące ze Stanów Zjednoczonych. Wieczerza składała się z dwóch dań: pierwsze do wyboru sałatka z arbuza i sera typu feta, albo sałatka warzywna, drugie makaron w sosie serowym. Do tego na deser puding oraz duża szklanka czerwonego wina. Po wszystkim część osób została by posprzątać salę i pozmywać naczynia. Zgłosiło się tyle chętnych, że nie dla wszystkich znalazło się zajęcie. W związku z tym poszedłem do sali na swoje łożko.

Rano obudziłem się o 5:40. Nie czekałem już na śniadanie, które miało być serwowane o godzinie 8. Dla mnie stanowczo za późno. Zadowoliłem się bananami zjedzonymi na szybko przed drogą, a o 6 byłem już gotowy do wymarszu na trasę. Minęło trochę czasu zanim opuściłem Logrono, raz na chwilę zgubiłem ścieżkę, ale życzliwy miejscowy spacerowicz wskazał mi poprawny azymut. Miałem przed sobą 12 kilometrów do najbliższej miejscowości o nazwie Navarrete, dotarcie do niej zajęło mi około 2,5 godziny. Wcześniej idąc pośród plantacji winorośli w mroku dostrzegłem przede mną przebiegające zwierzątka. Na początku nie mogłem stwierdzić co to może być. Jednak z biegiem czasu kiedy wschodziło słońce okazało się, że to króliki. Były ich setki. Za każdym razem niespodziwanie wyskakiwały z winnych krzaków i równie szybko znikały pośród roślinności, a poranny brzask oświetlał białe ogonki, podskakujące w rytm króliczych susów. Udało mi się sfotografować jednego z nich, który wydawał się być niezbyt rozgarnięty. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie.

W Navarrete zrobiłem sobię krótką przerwę na zebranie sił przed dalszą wędrówką, gdyż czekał mnie jeszcze dłuższy 16 kilometrowy odcinek bez żadnych miejscowości pomiędzy. Posiliłem się bagietką z kiełbasą chorizo oraz nabrałem wody ze źródełka. O godzinie 9 ruszyłem do Narejo. Droga biegła przez rozległe połacie winorośli. Na niebie świeciło słońce, jednak chmury łagodziły odziaływanie jego promieniowania. Całe szczęście, gdyż teren był dosyć weksponowany, bez szans na znalezienie cienia. Do tego wiał orzeźwiający wiatr.

W okolicach południa dotarłem do miasta. Poważnie rozważałem zostanie w nim na nocleg. Jednak wiązało się to z dłuższym oczekwaniu na otwarcie albergue. Zastanawiając się co mam robić siadłem na murku i zacząłem przeglądać internet. Tak mnie to zaangażowało, że nie zwracałem uwagi co się dzieję wokół mnie. Nagle usłyszałem za sobą wołanie w moim kierunku: “Hey! Polish guy”, a moim oczom ukazał się uradowany Sergio, którego dzień wcześniej zgubiłem na szlaku. Obaj zdecydowaliśmy o dalszym marszu następnej miejscowości oddalonej o 6 kilometrów. Tam zatrzymaliśmy się w schronisku, gdzie zamiast piętrowych łożek i wieloosobowej sali są dwuosobowe pokoje z pojedynczymi łóżkami. Prawdziwy luksus! Po rutynowych czynnościach typu prysznic i pranie ubrań poszliśmy z włoskim kompanem do miasteczka na obiad. Zamówiliśmy menu del peregrino, czyli zestaw pielgrzyma składający się z dwóch dań, deseru i butelki wina za 11 Euro. Siedliśmy na zewnątrz chłonąc popołudniowe promienie słoneczne, a wokół nas panowała senna atmosfera prowincjonalnego miasteczka. Po powrocie do hostelu czekało nas orzeźwiające moczenie nóg w fontannie znajdującej się na patio. Tego nam trzeba było na obołałe nogi, zwłasza po przejścu prawie 35 kilometrów.

komentarze 4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *