Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień piąty

Trasa: Puente la Reina – Los Arcos, Dystans: 43,9 km

Trasa: dzień piąty

Po dwóch nieco spacerowych odcinkach, dzisiaj zdecydowałem trochę bardziej podkręcić tempo. Zamiast jednego dziennego odcinka, przeszedłem dwa o łącznej długość ponad 43 kilometrów, a więc dystans maratoński. Według sugestii przewodników powinienem skończyć dzień w miejscowości Estella po pokonaniu około 21 kilometrów. Ja jednak udałem się do Los Arcos.

Dzień zacząłem już tradycyjnie od pobudki przed godziną 6. Kiedy otworzyłem oczy, właśnie w tym momencie kolega z łóżka obok, Sergio wychodził z sali gotowy do wymarszu. Był to znak, że należy wstawać i pakować plecak. Po upływie 15- 20 minut opuściłem albergue i skierowałem się samotnie na szlak. Jak zwykle przez pierwsze 2 godziny towarzyszyła mi ciemność. Dzisiaj na niebie pojawiły się ciężkie deszczowe chmury, a w oddali widać było błyski wyładowań atmosferycznych, które rozświetlały ścieżkę niczym flesz aparatu fotograficznego. Po jakimś czasie wyprzedziłem Sergia i kierowałem się dość szybkim tempem w stronę Estelli. Około godziny 7:30 doszedłem do miasteczka Cirauqui położonego malowniczo na wzgórzu. Już z daleka dobiegały do mnie odgłosy panującego w nim gwaru. W momencie wkroczenia między mury, moim oczom ukazały się grupki młodych ludzi ubranych na biało z charakterystyczną czerwoną apaszką pod szyją, strój znany z pampeluńskiej gonitwy byków. Podejrzewam, że mogło to być jakieś baskijskie święto. Stan podchmielenia miejscowej młodzieży wskazywał na dość intensywną celebrację, która powoli chyliła się ku końcowi. Na ulicach walały się plastikowe kubki i puszki po piwie, a moje nozdrza atakował dość intensywny zapach uryny. Wytrwali imprezowicze śpiewali piosenki, zaczepiali przechodzących pielgrzymów, a w pewnym momencie zauważyłem Sergia, któremu jeden chłopak zabrał plecak by dumnie zapozować do zdjęcia imitując w ten sposób peregrino. Współczuję ludziom mającym nocleg w tym miejscu. W ciemnych zaułkach widać było od czasu do czasu pary w miłosnym zachwycie i uniesieniu, całujące się namiętnie. Coż takie prawa młodości. Ja już te czasy niestety mam za sobą.

Kiedy mijałem Cirauqui z nieba zaczął padać deszcz, natychmiast założyłem ubrania przeciwdeszczwe i pokrowiec na plecak. Opady towarzyszyły mi przez jakąś godzinę, potem się wypogodziło. Trasa wiodła przez niewielkie pagórki porośnięte winoroślą i gajami oliwnymi, zaorana gleba na polach miała czerwonawy gliniasty odcień, w powietrzu unosił się aromatyczny ziołowy zapach kopru, rosnącego wzdłuż drogi. Do Estelli dotarłem o 10:30, więc stanowczo za wcześnie by kończyć dzień w schronisku. Zdecydowałem o dalszej wędrówce.

Atrakcją dnia było źródełko w miejscowości Irache, z którego oprócz wody można było zaczerpnąć… wina, i to całkowicie za darmo! Wyobrażam sobie jaką furorę zrobiłoby takie ujęcie w naszym kraju. Już widzę te kolejki z pięciolitrowymi baniakami niczym do wody oligoceńskiej, ustawiające się od wczesnych godzin rannych. A propos Polski. Przy kranikach spotkałem dwóch pielgrzymów z Polski, Mateusza i Jakuba, a chwilę potem dołączyli do nas Polacy pracujący na stałe w Hiszpanii. Pierwsi rodacy napotkani na szlaku i od razu w takim miejscu. Czy to przypadek? Po chwili pogawędki i uzupełnieniu płynów ruszyłem w dalszą drogę już w towarzystwie nowych kolegów z Krakowa. Co ciekawe chłopaki zabrali ze sobą aparat fotograficzny na kliszę, radziecką Smienę. Według ich założeń mają robić jedno zdjęcie dziennie. Uznali, że spotkanie przy winnej fontannie jest idealnym wydarzeniem by je uwiecznić. Ja robiłem za operatora. Ciekawe jaki będzie efekt? Nowo poznani krakowiacy prezentują nieco inne podejście do Camino, w przeciwieństwie do mnie nie zrywają się skoro świt, wychodzą ze schroniska jako ostatni. Na szlaku również nigdzie się nie spieszą, tylko idą na luzie. Przez jakieś 10 kilometrów podążaliśmy raźnie razem, ale ze względu na inne priorytety rozstaliśmy się w ostaniej miejscowości przed Los Arcos.

Do mojego dzisiejszego punktu docelowego dotarłem o 15:30. W najtańszym schronisku nie było już miejsc. Na szczęście w miasteczku był jeszcze wybór niewiele droższych hosteli. Zaraz po zameldowaniu w jednym z nich, na zewnątrz rozpoczeła się ulewa. Wybrałem idealny moment na zakończenie dnia. Jutro już nie będę tak szarżował i zamierzam dotrzeć do Logrono oddalone o jakieś 27 kilometrów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *