Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień ósmy

Trasa: Azofra – Belorado, Dystans: 37,6 km

Trasa: dzień ósmy

Dzisiejszy dzień okazał się być intensywniejszy niż przypuszczałem. Po wczorajszym 35 kilometrowym odcinku, planowałem nie przekraczać 30 kilometrów. Wszelkie założenia weryfikuje jednak rzeczywistość na szlaku. Często tempo marszu dyktuje dostępność schronisk w danej miejscowości oraz godziny ich otwarcia. Bywa tak, że przybywa się za wcześnie i trzeba czekać na możliwość zameldowania albo za późno i jest już komplet. Dlatego Camino wiąże się też z umiejętnością dobrania odpowiedniej strategii, by wychodzić odpowiednio wcześnie i mieć pole manewru przy doborze miejsca do spania.

Dzisiaj obudziłem się jak co dzień przed godziną 6. Komfort snu był o niebo lepszy niż poprzednio ze względu na pokój z pojedynczymi łożkami dzielony tylko z Sergio. Obaj jesteśmy przyzwyczajeni do tego samego reżimu, dlatego budzimy się i wstajemy w zasadzie jednocześnie. Przez całą noc padał dość intensywny deszcz, a do pokoju wpadało chłodne i orzeźwiające powietrze. Kilkanaście minut po 6 ruszyliśmy na trasę. Zaraz po wyjściu z albergue na ulicach Azofry dało się zauważyć kałuże. Po opuszczenu miasteczka wkroczyliśmy na polne drogi pokryte błotem, miejscami zapadałem się w nim po kostki. W przemierzaniu rozmiękniętej nawierzchni nie pomagały na pewno otaczające nas ciemności. Co prawda oświetlaliśmy sobie drogę latarkami, ale mimo wszystko trudno było ocenić stabilność gruntu pod nogami, przez co czasem brodziliśmy w mazistej glebie. Gdy na niebie pokazało się słońce zobaczyliśmy, że nogawki naszych spodni i buty pokryte są sporą warstwą błota. Mimo wszystko nie przejmowaliśmy się tym za bardzo.

Około godziny 9 dotariśmy do pierwszej miejscowości – Ciruena. Po drodze mijaliśmy krajobraz, który nieco przypominał mi tereny Wyżyny Lubelskiej. Plantacje winorośli ustąpiły miejsca areałom przeznaczonym na uprawę zbóż. Część z nich była już po orce, jednak na dużych połaciach rozciągały się złotawe ścierniska, pozostałe po mijających żniwach. Wszystko to przypominało mi łopoczącą flagę na wietrze, albo przywoływany w jednym z poprzednich wpisów babciny chodnik tkany z gałganów i szmat. Pomiędzy tym wszystkim biegła droga niczym wąż próbujący wspinać się po pofałdowanej powierzchnii. Całość dopełniały promienie wschodzącego słońca, uwydatniające błękit nieba pokrytego jasnobiałymi obłokami. Niebieska chłodna barwa, współgrała z dość rześkim porankiem. Widok ten utwierdził mnie w przekonaniu, że powoli lato ustępuje miejsca jesieni, nawet tu na południu, w Hiszpanii.

Po krótkim postoju w pierwszym miasteczku wędrowaliśmy dalej mijając po drodze kilka typowych dla tego regionu miejscowości. Prawdę powiedziawszy bardziej do gustu przypadły mi te w regionie Nawarry niż teraz w La Rioja. Domy są często zaniedbane, a przez to mniej malownicze. Do tego częściej mija się tereny typowo przemysłowe z magazynami i zakładami produkcyjnymi, które też często czasy świetności mają już dawno za sobą. Mimo wszystko niemal wszędzie można znaleźć urokliwe kościoły z co najmniej kilkusetletnią historią.

Przed południem dotarliśmy z Sergiem do Granony. Obaj zgodnie stwierdziliśmy, że pójdziemy dalej, gdyż jest stanowczo za wcześnie na kończenie dnia, zaledwie po 22 kilometrach. Zrobiliśmy krótki kilkunastominutowy postój i ruszyliśmy w dalszą wędrówkę. Na dalszej trasie moje tempo okazało się za szybkie dla mojego towarzysza, dlatego od tego momentu szliśmy osobno. Pożegnaliśmy się pozdrowieniem „Buen Camino” charakterystycznym dla szlaku świętego Jakuba. W razie czego pozostajemy w kontakcie, droga do Composteli jest długa. Kto wie czy nie spotkamy się już jutro?

Dzisiejszy marsz postanowiłem zakończyć w albergę na przedmieściach Belorado. Na miejscu okazało się, że w ogrodzie schroniska jest mały basen. Nie omieszkałem zamoczyć nieco obolałych nóg w chłodnej wodzie. Na całkowite zanurzenie zabrakło mi odwawgi, gdyż woda była bardzo orzeźwiająca, żeby nie powiedzieć zimna. Mimo wszystko doskonale zregenerowała stopy po kilkugodzinnym wysiłku. Na miejscu skorzystałem również z menu pielgrzyma serwowanego w restauracji. Jak zazwyczaj składało się z dwóch dań, deseru oraz butelki wina. Porcje nie są może gigantyczne, ale wystarczające by zaspokoić głód. Dzisiaj poczułem się trochę jakbym był na wczasach all inclusive, a nie na pielgrzymce. Przynajmniej miałem tego namiastkę 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *