Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień osiemnasty

Trasa: Santa Catalina de Somoza – Molinaseca, Dystans: 36,5 km

Trasa – dzień osiemnasty

Tak jak przypuszczałem, dzisiejszy dzień okzał się być górzystym etapem. Według zapisu ścieżki na GPS-ie, na moim smartfonie osiągnałem wysokość ponad 1400 metrów nad poziomem morza. Nie była to może jakaś wyczerpująca wspinaczka, bardziej przyjemna wędrówka pośród miłych okoliczności przyrody, z pięknymi widokami. Pobliskie wzniesienia podobne były raczej do naszych Bieszczadów niż Tatr. Łagodne stoki porastała bujna roślinność, a na szczytach w zasięgu mojego wzroku majaczyły białe sylwetki wiatraków, generujących czystą energię dla pobliskich miejscowości. Można się spierać o to czy nie zaburzają naturalnego krajobrazu, ale w ekologii tudno o rozwiązania komprowisowe. Kiedy każdego dnia zaczynam swój marsz w stronę Santiago, bardzo często widzę na horyzoncie regularne błyski białego światła w niewielkich odległościach od siebie. Wszystko to przypomina wielką dyskotekę na świeżym powietrzu oświetlaną gigantycznymi stroboskopami. Po nadejściu świtu okazuje się, że to żarówki osadzone na czubkach generatorów energii odnawialnej. W Polsce takie obiekty zazwyczaj sygnalizują swoją pozycję za pomocą czerownej, pulsującej barwy. Co kraj to obyczaj.

Dzisiaj pospałem o jakieś pół godziny dłużej niż zwykle. Na szlaku pojawiłem się w okolicach 6:30. Początkowo ścieżka biegła wzdłuż asfaltowej drogi, wznosząc się nieco ku górze. Pierwszą miejscowość minąłem jeszcze w ciemności. Potem tak jak zazwyczaj, w okolicach 7:30 za mną na niebie zaczęła pojawiać się jasnopomarańczowa łuna, by po kilkunastu minutach przeistoczyć się we wschód słońca. Poranne światło odsłoniło przede mną górski krajobraz, podobny do tego jaki widziałem w pierszych dniach mojej wędrówki, na stokach Pirenejów. Na pewno jest to jakaś miła odmiana w stosunku do kilku poprzenich dni, kiedy dominowała całkowicie płaska sceneria.

Pogoda okazałą się być idealna do podziwiania okolicznych wzniesień. Całkowicie bezchmurne umożliwiało obserwację terenów oddalonych na kilkanaście kilometrów, w tym Ponferadę, miasta położonego u podnórza gór, do którego dotrę jutro rano. Poranek zafundował mi dość rześką temperaturę, nieprzekraczającą 10 stopni Celsjusza. Gdybym miał rękawiczki z pewnością założyłbym je na dłonie, tak pozostało mi maszerowanie z rękami w kieszeniach. Potem z biegiem dnia robiło się cieplej, aż w okolicach południa słupek rtęci przekroczył 20 stopni. Idealna aura do pokonywania wzniesień.

Po drodzę minąłęm kilka malowniczych wiosek, które gdyby nie szlak świętego Jakuba przez nie przechodzący, były by zapomniane dla świata. Część z bardziej przedsiębiorczych mieszkańców prowadzi w nich bary, restauracje i schroniska dla pielgrzymów. Jednak miejscami widać kamienne ruiny domów i budynków gospodarczych, będących świadectwami przemijania ludzi i materii. Najwyżej położona z nich wszystkich El Acebo, przypominała miniaturowy kurorcik z małą promenadą z kilkoma barami i kafejkami, wypełnionymi wędrowcami spragnionymi orzeźwienia i strawy. Na skraju miejscowości stał spory hotel z basenem i ofertą odnowy biologicznej. Ja zdecydowałem się na zejście do miejscowości Molinaseca 8 kilometrów dalej, gdzie zatrzymałem się na nocleg w prywatnym Albergue. Jutro czeka mnie wizyta w Ponferadzie.

komentarze 2

Pozostaw odpowiedź Dagmara Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *