Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień jedenasty

Trasa: Tardajos – Castrojeriz, Dystans: 29,8 km

Trasa – dzień jedenasty

Po napisaniu wczorajszej relacji poszedłem wraz z Sergiem na kolację do lokalnej restauracji, serwującej menu del peregrino. Posileni dwudaniowym posiłkiem postanowiliśmy nie wracać do schroniska z pustymi rękami, zahaczyliśmy jeszcze o sklep spożywczy, gdzie zakupiliśmy po litrowej butelce czerwonego wina na głowę, w cenie 2 euro za sztukę. Oczywiście wszystko to z myślą o ludziach w albuergę, gdyż spożycie takiej ilości w pojedynkę mogłoby się zakończyć dość nieprzyjemnymi dolegliwościami następnego dnia. Akurat wyjątkowo trafił nam się hostel za donację, w którym byli sami młodzi ludzie. Zazwyczaj przeważajacą grupą w obiektach noclegowych są raczej emeryci. Kiedy dotarliśmy do naszego albergue, na ławeczce przed budynkiem siedziała już integrująca się gromada. Na nasz widok, a może bardziej dwóch sporych rozmiarów flaszek wypełnionych burgundowym płynem, zapanował spory entuzjazm. Niezwłocznie przystąpiliśmy do rozlewania dionizyjskiego napoju w plastikowe kubeczki służące za kieliszki. Po wzniesieniu toastu zaczęły się rozmowy, dominował język włoski, ale można było usłyszeć również angielski i niemiecki. Wśród nas byli Włosi, Francuz, Hiszpan, Niemcy, Japonka, a ja i Natalia z Ukrainy reprezentowaliśmy w tym towarzystwie Słowian. Kiedy dwie litrowe butelki zostały opróżnione do ostatniej kropli, padło hasło o eskapadzie do lokalnego baru, po czym cała grupa raźnie ruszyła w stronę oazy oferującej wszelkiej maści napoje alkoholowe. Tam nie zabawiliśmy długo ze względu na zbliżającą sie niezwłocznie ciszę nocną i jak na kolonii wszyscy pokornie przed 22 musieli wrócić na nocleg do schroniska. Takie panują zasady na Camino i raczej każdy stara się ich przestrzegać.

Kolejny dzień zaczął się jak każdy inny do tej pory. Pobudka o 5:45 i wymarsz o 6 już na stałe wpisały się w harmonogram i taka regularność jest według mnie dobra dla organizmu. Chodzenie spać i wstawanie o tej samej porze sprawia, że jakoś funkcjonuje mi się lepiej, nie czuję zmęczenia i znurzenia.

Dzisiejszy etap charakteryzował się sporymi odległościami między miejscowościami. Na przestrzeni 30 kilometrów minąłem 3 małe wioski i jedno troszkę większe miasteczko. Krajobraz momentami przypominał mi ten znany z Mazowsza, gdyż czasem w zasięgu wzroku rozciągały się pola na płaskim jak stół terenie. Na trasie udało mi się spotkać małżeństwo z Polski, które tak jak ja zaczęło wędrówkę we francuskim Saint Jean. Ich tempo nie należało do najszybszych, dlatego po zamienieniu kilku kurtuazyjnych zdań zostawiłem ich w tyle.

Dzisiaj na szlaku było dosyć tłoczno, szczególnie biorąc pod uwagę sytuację z wczoraj, kiedy spotkałem nie więcej niz 20 pielgrzymow na ulicach i przedmieściach Burgos. Ścieżka po wczorajszych wieczornych opadach nasiąkła wodą, przez co utworzyły się kałuże, a miejscami grzązkie błoto, które należało omijać przedzierając się przez wysoką trawę.

Kiedy dochodziłem do miasteczka Hostanos byłem nieco zdezorientowany. Według mapy w telefonie znajdowało się kilkaset metrów przede mną, a w zasięgu wzroku nie miałem żadnego budynku. Po przejściu kilkuset kroków zagadka się wyjaśniła, gdyż w sporym zagłębieniu ujrzałem malowniczo usytuowane kamieniczki z górującą wieżą kościoła. Tam zrobiłem sobie krótką przerwę regeneracyjną i ruszyłem w kierunku Castrojeriz. Tuż przed moim dzisiejszym miejscem docelowym natknąłem sie na ciekawe albergue usytuowane w ruinach świątyni. Jednak spora odległość od sklepów i restauracji sprawiła, że nie zdecydowałem zatrzymać się w tym miejscu. Ostatecznie wylądowałem w miejskim schronisku na głównym placu Castrojeriz. Sama miejscowość położona jest w cieniu góry, na której niczym orle gniazdo posadowione są ruiny zamku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *