Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień dziewiąty

Trasa: Belorado – Atapuerca, Dystans: 31,4 km

Trasa – dzień dziewiąty (bez pięciokilometrowego odcinka – wyłaczyło mi się nagrywanie ścieżki w gps)

Kolejny dzień wędrówki za mną. Tak jak każdy poprzedni zaczął się od wczesnej pobudki i szybkiego ogarnięcia plecaka. Wymarsz jak zwykle nastąpił w okolicach godziny szóstej. Pred wyruszeniem nie jem śniadania, jedynie zadowalam się czymś słodkim. Zazwyczaj to wystarcza do obiadu jedzonego w schronisku. Dzisiaj w trakcie wędrówki musiałem zadowolić się bułeczkami nadziewanymi kremem kakaowym, kupionymi wczoraj w supermarkecie.

Zaraz po wyjściu z albergue musialem nakleić plastry na obtarte pięty, gdyż dawały o sobie znać przy każdym kroku. W tym celu przysiadłem na miejskiej ławeczce i opatrywałem zranione stopy. W trakcie tej czynności zauważyłem idąca parę. Męzczyzna miał na plecaku polską flagę, dlatego pozdrowiłem ich naszą ojczystą mową. Chwilę potem, po założeniu butów dogoniłem wspomniane małżeństwo. Okazało się, że idą tak jak ja z Saint Jean, jednak ze wzgledu na brak czasu swoją wędrówkę zamierzają zakończyć w Burgos. Camino Frances podzielili na etapy. Był to ich drugi rok na szlaku świętego Jakuba. W zeszlym wyruszyli z Lourdes we Francji i dotarli do Saint Jean, a teraz przyszła kolej na hiszpańską część. Moje szybkie tempo marszu sprswiło, że miałem możliwość zamienić tylko kilka zdań z rodakami. Na odchodne pozdrowiłem ich serdzecznie i dalej podążyłem sam w otaczającą mnie ciemność.

Krajobraz na dzisiejszym etapie różnił się od tego do czego przyzwyczaiła mnie do tej pory Hiszpania. Teren tak jak zwykle był pofałdowany, ale zamiast pól albo plantacji winorośli, wzgórza porastał las. Momentami ścieżka wspinała się dosyć ostro ku górze. Mimo większego wysiłku wkładanego w marsz, trasa nie dawała się mocno we znaki, ze względu na cień rzucany przez otaczające drzewa. Do tego śpiew ptaków i powiew orzeźwiającego wiatru dawał uczucie lekkości.

Po około kilkunastu kilometrach wędrówki w tej scenerii dotarłem do miejscowości San Juan de Ortega. Tam zdecydowałem się odpocząć. W tym celu przysiadłem na murku w zacienionym miejscu. Wcześniej zrobiłem kilka zdjęć miejscowego kościoła. Nagle usłyszałem znajomy głos dobiegajacy z sąsiedniej kawiarenki. Był to jakże by inaczej… Sergio, który raczył się chłodnym radlerem i zawołał mnie do siebie. Dowiedzialem się, że wczoraj spał w sąsiedniej miejscowości o 5 kilometrów dalej niż ja. Dzisiaj dogoniłem go na szlaku.

Po kilkunastominutowej sjeście ruszyliśmy dalej do wioski Atapuerca, w której zdecydowaliśmy się zakończyć dzień. Nocleg wypadł nam w dość przyjemnym prywatnym albergue. Dotarliśmy na miejsce na kilkadziesiąt minut przed możliwością zakwaterowania, a oprócz nas w ogrodzie czekała też spora grupa pielgrzymów. Równo o godzinie 13 rozpoczęło się meldowanie. Jak zwykle przy tej procedurze oprócz dowodu osobistego pokazuje się również credential, czyli paszport pielgrzyma, do którego właściciek obiektu wbija pieczatkę, jako zaświadczenie odbycia etapu wędrówki. Po tym wszystkim mozna było przystąpić do rutynowych czynności jak pranie czy prysznic. Potem z moim włoskim kompanem poszedłem do miejscowego baru, gdzie raczyliśmy się optymalnie schłodzonym piwem wspomagając tym samym regenerację zmęczonych mięśni. Za stolik służył nam murek otaczający wodozbiór. Następnie udaliśmy się do sklepu, gdzie kupiliśmy produkty na spagetti ala carbonara. W schronisku urządziliśmy sobie ucztę w prawdziwie włoskim stylu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *