Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień dwudziesty trzeci

Trasa: Hospital de la Cruz – Melide, Dystans 28,1 km

Trasa – dzień dwudsziesty trzeci

Muszę przyznać, że Galicja bardzo mi się podoba. O wiele bardziej niż tereny położone na Mesecie Iberyjskiej. Przede wszystkim dominuje tu soczysta zieleń, której towarzyszą malownicze wzgórza pokryte trawiastymi pastwiskami. Dzisiaj kolejny raz trasa wiodła przez obszar o pofałdowanej powierzchnii z urokliwymi wioskami. Pomiędzy nimi rozciągały się drogi oraz wąskie kamieniste ścieżki, porośnięte z obu stron leciwymi dębami, które tworzyły coś na kształt tunelu. Dostojne drzewa pokrywała spora warstwa wilgotnego mchu, a na konarach wiły się dorodne liściaste pnącza. Poranek był bardzo rześki, a powietrze wysycała para wodna. Wszystko dookoła pokrywały drobne kropelki wody, perlącej się w promieniach wschodzącego słońca. Szczególnie pięknie prezentowały się pajęczyny, tworząc fantazyjne kształty podobne do fraktali albo obrazków widzianych w kalejdoskopie. Całość dopełniał kojący śpiew ptaków, bardziej kojarzący się z czasem wiosennego rozkwitu, niż jesiennego letargu.

Zadziwiające jest to jak nasze zmysły potrafią wydobyć z nas przeróżne wspomnienia. Wystarczy jeden dobrze kojarzący się zapach, piękny widok, smak ulubionej potrawy, miły dla ucha dźwięk, albo kojący dotych wiatru, aby w wyobraźni uruchomiły się obrazy. Wędrując galicyjskim bezdrożami, często mijam zdziczałe jabłonie porastające pobocza dróg. Pod wieloma z nich zalegają opadłe owoce, których nikt nie zbiera, przez co poddawane są procesowi gnilnemu. Efektem tego jest unoszący się w powietrzy lekki aromat fermentacji zmieszany z wonią mokrej ziemi. Taki sam jaki nie raz czułem podczas wakacji w Gołębiu spędzanych w czasach dzieciństwa. To niesamowite, że jeden taki wdech potrafi przenieść mnie w czasie o jakieś kilkanaście lat wstecz do miejsca odległego o ponad trzy tysiące kilometrów. Chociaż tego nie widzę, w dosłownym tego słowa znaczeniu, to jakiś aktywowany szósty zmysł pozwala wygenerować w mojej świadomości, jakiś abstrakcyjny, ale mimo wszystko w pewnym stopniu realny obraz. Przed moimi oczami pojawia się stare drzewo – jabłoń z żółto-zielonkawymi owocami, wszyscy nazywają je „papierówka”, nie wiem dlaczego, przecież nie rośnie na nich papier. Jestem za mały żeby to rozumieć. Mam sześć lat. Pod nogami zalegają nieco przegniłe owoce, ich nieco słodkawo-gorzka woń miesza się ziemistą wilgocią, panującą w cieniu rozłożystej korony oraz zapachem butwiejących organicznych resztek w kompostowniku przy stodole. Nieco dalej rozciąga się sad, porośnięty śliwami węgierkami, a wśród nich w regularnych odstępach rosną krzaki czarnej porzeczki. Od stodoły przechodzę po trawiastej ścieżce w strone łąki. Jest poranek, źdźbła trawy pokrywa rosa, czuję ją na bosych stopach, spod których uskakują zielone żaby i pasikoniki. Wszystko to mógłbym narysować z niezwykłą precyzją, gdybym tylko posiadał talent malarski. Nie wiem dlaczego, ale często podczas wędrówki, pojawiają mi się obrazy z przeszłości. Tak jabym oprócz przemieszczania się w przestrzeni, odbywał jednocześnie podróż w czasie. To chyba zaleta takiej formy turystyki, gdzie do pokonywania kilometrów używam siły własnych mięśni. Przez to doznania są jakby intensywniejsze. Czuje każdy krok, każdy powiew wiatru, deszcz, chłód, czy gorąco oddziałowujące na moją skórę. Do moich nozdrzy dobiegają przeróżne zapachy. Widzę wyraźne obrazy na wyciągnięcie ręki, słysze przeróżne dźwięki. Chyba dlatego podróżuję w ten sposób, mimo zmęcznia i rożnych niedogoności, często bólu, cały trud wynagradzają takie momenty, przemieszczania się w czasie i przestrzeni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *