Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień dwudziesty pierwszy

Trasa: Cabreiro – Sarria, Dystans: 40,1 km

Trasa – dzień dwudziesty pierwszy

Dzsiaj minął trzeci tydzień mojej wędrówki od wyruszyłem z Saint Jean Pied de Port, gdzie ma początek wariant francuski szlaku świętego Jakuba. Czas szybko leci, tak jak pokonywane kilometry na trasie. Do Santiago zostało ich sto piętnaście, a do przylądka Finisterre nad Oceanem Atlantyckim około stu. Jeżeli zachowam dotychczasowe tempo, to w ciągu tygodnia, powinienem zakończyć swój pielgrzymi trud.

Dzień rozpoczął się od bardzo nieprzyjemnej pogody. Wszak zatrzymałem się w miejscowości położonej wysoko w górach, około tysiąc trzysta metrów nad poziomem morza. Kiedy wyruszałem na szlak o godzinie szóstej trzydzieści, wszystko spowite było gęstą mgłą, co wskazywało na to, że poruszam się w gęstej chmurze. Słup światłą emitowany przez latarkę na mojej głowie podświetlał perliste kroplelki pary wodnej, zawieszonej w powietrzu, które miejscami przechodziły w rzęsistą mrzawkę. Chłód poranka potęgowała wysoka wilgotność. Przez co marzły mi ręce. Czasami miałem problem żeby zawiązać sznurowadła w bucie. Moje ubranie wyglądało jakbym szedł w trakcie sporej ulewy. Przy takiej aurze kurtka z membraną goretex nie dawała rady odprowadzać potu z wnętrza, dlatego warstwy znajdujące się pod okryciem wierzchnim też były mokre. Taka sytuacja utrzymywała się do czasu, aż nie zszedłem poniżej pułapu chmur. W między czasie przez swoją nieuwagę na moment pomyliłem drogę, przez co straciłem jakieś dziesięć minut i trochę energii na wspinaczkę w kierunku prawidłowej ścieżki. Oprócz mnie kilka osób też nie zauważyło znaku, dlatego kiedy wracałem na właściwą trasę, mówiłem nieświadomym pielgrzymom, żeby szli w przeciwną stronę.

Dzisiejsza trasa wiodła głównie przez małe galicyjskie wioski położne pośród górskich pastwisk. Widać, że jednym z głównych zajęć na tych terenach jest hodowla bydła. Między miejsowościami szedłem leśnymi ścieżkami, które często odgradzały kamienne murki abo elektryczne pastuchy. W tle słychać było dźwięk dzwonków zawieszonych na krowich grzbietach. Jednym słowem sielanka. Na przestrzenii około dwudziestu kilometrów trudno było o znalezienie schroniska, więc pokonałem dystans nieco większy niż zwykle – czterdzieści kilometrów. Dotarłem do miasta Siarra, gdzie zatrzymałem się w albergue municipale, czyi prowadzonym przez samorząd. Wieczorem zarezerwowałem sobie w końcu bilety na podróż powrotną do Polski. Z Composteli mam samolot do Madrytu, potem do Wiednia, a na końcu autobus ze stolicy Austrii do Warszawy. Niestety bezpośrednie połączenia okazały się za drogie i niesatysfakcjonującym terminie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *