Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień dwudziesty piąty, Santiago de Compostela!

Trasa: Pedrouozo – Santiago de Compostela, Dystans: 20,6 km

Trasa – dzień dwudziesty piąty

Po dwudziestu pięciu dniach wędrówki i pokonaniu siedmiuset siedemdziesięciu dziewięciu kilometrów od miejsca startu we francuskiej wiosce Saint Jean Pied de Port, położonej w Pirenejach, w końcu dotarłem do Santiago de Compostela, gdzie według tradycji chrześcijańskiej pochowane jest ciało świętego Jakuba Apostoła. Dzisiaj wydaje mi się, że ten czas od jedenastego września minął mi błyskawicznie, tak jakbym wszystko zaczynał kilka dni temu, a nie ponad trzy tygodnie, jednak gdy patrzę na mapę z zapisem śladu mojej ścieżki, to widzę przez jaki duży szmat drogi poniosły mnie własne nogi. Szczęśliwie omijały mnie wszelkie typowe dolegliwości dokuczające pielgrzymom. Obyło się bez odcisków i urazów mięśniowo-stawowych, choć oczywiście nie raz towarzyszł mi ból. Tego nie dało się uniknąć pokonując tak wielki dystans. Stopy zanim przyzwyczaiły się do codziennego wysiłku, dawały o sobie znać w sczególności w okolicach ścięgien, ale z każdym kolejnym dniem było to coraz mniej odczuwalne.

Ostatni dzień na drodze francuskiej zacząłem o szóstej rano, tak by do Santiago dotrzeć możliwie jak najwcześniej, mając na uwadze tłumy jakie mogę spotkać w okolicach katedry, w szczególności w sobotę. Miałem do pokonania około dwudziestu kilometrów, więc spodziewałem się być na miejscu przed godziną dziesiatą. Ponad połowę dystansu pokonałem w ciemności idąc ścieżką przez las. W powietrzu jak zwykle w Galicji panowałą wysoka wilgotność powietrza, która tworzyła poranną mgłę. Wkoło panowała absolutna czisza, przerywana od czasu do czasu pohukiwaniem ptaków. W pewnym momencie usłyszałem niesamowicie głośny dźwięk silników odrzutowych, a następnie zobaczyłem nad sobą pośród drzew sylwetkę dużego samolotu pasażerskiego, podrywającego się do lotu. Okazało się, że przechodziłem koło lotniska, z którego za kilka dni polecę do Madytu w podróż powrotną do Polski.

Tak jak planowałem do Santiago dotarłem przed godziną dziesiątą. W pierszej kolejności skierowałem się do biura pielgrzyma by odebrać compostelę – zaświadzczenie o odbyciu pielgrzymki. Zgodnie z moimi przewidywaniami utworzyła się już spora kolejka. Tak jak w polskich urzędach trzeba było skierować się do maszynki po odbiór biletu z numerkiem. Ja miałem 425, a w tym momencie obsługiwano osobę z numerem 200, a więc przeszło dwieście ludzi przde mną. W międzyczasie dostałem wiadomość od Sergio z prośbą o pobranie bilecików dla czterech osób. Myślałem, że pani stojąca przy automacie będzie robić problemy, jednak bez większego sprzeciwu wydała mi numerki dla ekipy Sergia, która zjawiła się po kilkunastu minutach. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu czekać i najpierw udaliśmy się do hostelu, żeby zostawić plecaki, a następnie poszliśmy do katedry.

Wokół świątyni jak i w jej środku panował spory tłok, typowy dla popularnego sanktuarium, gdzie mieszają się typowi turyści z pątnikami. Wnętrze było w remoncie, niemal w całości pokryte rusztowaniami. Jedynie ołtarz z relikwiami świętego pozostał widoczny dla zwiedzających. Do grobu Apostoła ciągnęła się spora kolejka, więc w zasadzie ciężko było o atmosferę skupienia i medytacji. Tak naprawdę każdy miał tyko kilka sekund, by zobaczyć relikwiarz.

Po wizycie w katedrze wróciliśmy do biura pielgrzyma po odbiór certyfikatów. Gdy otrzymaliśmy stosowne dokumenty, pozostało tylko zrobić pamiątkowe zdjęcie i ruszyć do którejś z okolicznych knajp w celu świętownia zakończenia Camino Frances. Udaliśmy się przez główny plac miasta w kierunku uliczek pełnych restauracji i barów, gdzie nastąpiła celebracja przy złocistym trunku. Po wypiciu dwóch półlitrowych dawek, Daniel pożegnał się z nami, gdyż miał za chwilę autobus do Finisterry nad Ocenem, a z resztą wróciliśmy do schroniska. Tam ucięliśmy sobie popołudniową drzemkę, a wieczorem urządziliśmy kolację w włoskim stylu ze spaghetti aglio olio e peperoncino i bruschettą. Potem wyskoczyliśmy na miasto, chodząc od baru do baru, racząc się miejscowym piwem Estrella Galicia. Co dziwne dla ludzi ze wschodniej Europy, standardową pojemnością jest tak zwana „caña”, zwykle od 150 – 330 mililitrów.

Dzisiaj nie było mowy o odpoczynku. Pozwoliłem sobie pospać nieco dłużej, do godziny siódmej. Rano wyruszyłem w stronę przylądka Finisterre nad Oceanem Atlantyckim. Także to jeszcze nie koniec wędrówki, którą planuję zakończyć we wtorek, by w środę wrócić do Santiago autobusem. Wczoraj nie miałem za bardzo czasu w pełni doświadczyć atmosfery Composteli, dlatego przed wylotem do Madrytu chciałbym zwiedzić miasto bardziej skrupulatnie, być może w środku tygodnia już nie będzie takich tłumów, a emocje związane z końcem podróży będą mniejsze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *