Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień drugi

Trasa: Roncesvalles – Larrasoana, dystans: 27,41 km

Trasa – dzień drugi

Dzisiejszy dzień tak jak i poprzedni zacząłem skoro świt, a właściwie jescze ciemną nocą. Pobudka wypadła o godzinie 5:45, wokół mnie w wieloosobowej sali z piętrowymi łóżkami słychać już było odgłosy krzątaniny, co oznaczało, że pora wstawać. Po szybkiej toalecie i ogólnym ogarnięciu, spakowałem plecak i mogłem ruszać w drogę.

Na szlaku pojawiłem się o 6:05. Wokół panowały egipskie ciemności, jedynym źródłem światła były gwiazdy na bezksiężycowym niebie, toteż potrzebowałem latarki by oświetlać sobie drogę. Początkowo ścieżka biegła przez las, więc wszystko to przypomiało mi klimat filmu “The Blair Witch Project”. W oddali za mną od czasu do czasu dało się zauważyć błyski latarek innych pielgrzymów. Po jakimś czasie dołączył do mnie chłopak, który kompletnie nie mówił po angielsku. Jakoś udało mi się dowiedzieć, że pochodził z Kolumbii. Coś próbował mi powiedzieć po hiszpańsku, ale niestety moja znajomość tego języka jest na poziomie zerowym. Na migi wskazywał palcem na mnie i na siebie, potem pokazał mi nazwę miejscowości zapewne do której się dzisiaj kierował. Dlatego prawdopodobnie proponował abyśmy zmierzali tam razem. Przez jakieś kilkanaście minut szliśmy obok siebie w całkowitych ciemnościach i milczeniu. Kompletną ciszę wokół nas zakłócał jedynie dzwięk naszych kroków na żwirowej drodze. Dla mnie to była kwintesencja Camino. Cisza, skupienie i możliwość kontemplacji. Niedługo potem okazało się, że tempo towarzysza z Ameryki Południowej jest wolniejsze od mojego i musieliśmy się rozstać.

Dalej wędrówka przebiegała mi bardzo sprawnie. Dzisiejszy odcinek był znacznie łatwieszy od poprzedniego. W większości przeszedłem go mając sandały na nogach. Na szczęście póki co omijają mnie problemy ze stopami. Na trasie minąłem kilka malownicych wiosek pośród wzgórz, a pomiędzy nimi rozciągały się wąskie ścieżki, przy któych pasło się bydło albo owce. W tle rozbrzmiewały dzwonki zawieszone na ich szyjach. Do albergue w Larrasoana dotarłem nieco przed południem jako pierwszy pielgrzym tego dnia. Musiałem nieco poczekać do 13:30 na możliwość zakwaterowania. W międzyczasie poznałem Lorę z Nowej Zelandii, która dotarła jakieś 45 minut po mnie, a wyruszała z tego samego schroniska co ja. Ogólnie na trasie można spotkać ludzi z całego świata, co ciekawe bardzo dużą grupą wśród pielgrzymów są azjaci z Koreii i Japonii. Pozostałe narodowości to głównie Hiszpanie, Francuzi, Niemcy, Brytyjczycy i Amerykanie. Po przydzieleniu łóżka, przyszedł czas na prysznic, zrobiene prania, a potem przyrządzenie obiadu. Już w okolicy godziny 15 w albergue zabrakło miejsc i w miejscowość zaroiła się ludźmi błąkającymi się w poszukiwaniu noclegu. Moja taktyka wczesnego ruszania ma swoje zalety. Unika się popołudniowego upału, po drodze nie ma jeszcze tłumów, a przede wszystkim nie trzeba się martwić o brak wolnego łóżka.

Jutro zapewne dotrę do Pampeluny, stolicy krainy historycznej Nawarra.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *