Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień czwarty

Trasa: Ciruz Menor – Puente la Reina, Dystans: 19,3 km

Trasa: dzień czwarty

Dzisiejszy dzień zacząłem nieco później niż poprzedni, ze względu na to, że schronisko oferowało śniadanie w cenie pobytu (7 Euro). Posiłek serwowano od godziny 6:30, dlatego dzisiaj mogłem pospać nieco dłużej. Pobudka wypadła około 6:00. Po spakowaniu wszystkich rzeczy, udałem się do małej kuchni, gdzie bardzo symptyczny hospitalero, opiekun obiektu przygotowywał śniadanie. Na stole próżno było szukać jajecznicy, bekonu, wędlin i serów oraz innych produktów kojarzących się nam z porannym jedzeniem. Zamiast tego głównym punktem była kawa albo herbata, a do tego pokrojona bagietka z dodatkami w postaci marmolady albo kremu czekoladowego, czyli typowo południowe lekkie śniadanie, jedzone na słodko. Jako, że nie jestem w stanie zjeść zbyt dużo zaraz po przebudzeniu, na szybko spałaszowałem kilka pajdek pieczywa z dżemem i mogłem wyruszać w dalszą trasę.

Na trasie pojawiłem się około 6:45. Chwilę potem dołączyłem do Laury sąsiadki z łóżka nade mną. Ranek okazał się ciepły i przyjemny. Po kilkunastu minutach marszu musiałem ściągnąć polar. Na niebie poraz kolejny widniał księżyc w pełni, więc latarki nie były potrzebne. Naturalny satelita Ziemi bardzo dobrze oświetlał nam drogę, która biegła malowniczo pośród wzgórz i pól, wkoło panowała kompletna cisza. W okolicach godziny 8 w tej części Europy zaczyna robić się jasno. Wschód słońca powoli oświetlał złotawe ścierniska, pozostałe po skoszeniu zbóż. Promienie porannego brzasku uwydatniały żółć okolicznego krajobrazu, od czasu do czasu przetkanego brunatnym pasami zaoranej ziemi, co przypominało nieco chodniki tkane przez moją prababcię w Gołębiu.

Nieco potem dogoniliśmy na trasie Sergia z włoskiej Perugii, którego poznałem wczoraj w schronisku. Spał na łóżku obok. Od tej pory wędrowaliśmy we trójkę do miejscowości Puente la Reina. Wcześniej minęliśmy kilka mniejszych wiosek z kamiennymi domami o pobielonych ścianach oraz wiekowymi kościółkami. Już zdążyłem się przyzwyczaić do takiej scenerii oraz do wolnego tempa życia panującego w tym regionie Europy. Kiedy przechodzi się przez miejscowości, ma się wrażenie, że nikt w nich nie mieszka, a jeżeli już kogoś spotka się na swojej drodze, nie widać po nim żadnych oznak pośpiechu, czy stresu. Tutaj czas upływa jakoś wolniej, spokojeniej.

Ważnym punktem dzisiajszego dnia było podejście pod Sierra del Perdon. Na wzgórzu ulokowany jest pomnik pielgrzymów, a wokół roztacza się piękna panorama na okoliczne tereny. Tutaj przystanęliśmy chwilę by zrobić sobie zdjęcia i zjeść drugie śniadanie. Po krótkim odpoczynku skierowaliśmy się do Puente la Reina, gdzie dotarliśmy około 11:30. Na miescu usiedliśmy pod albergue w oczekiwaniu na możlwość zakwaterowania. Laura zdecydowała, że pójdzie jeszcze dalej do kolejnego miasta, a ja i Sergio zostaliśmy na miejscu. Ciekawe czy jeszcze spotkamy się na szlaku? W razie czego wcześniej wymieniliśmy się kontaktami.

Po 12 drzwi schroniska otwarły się na pielgrzymów. Utworzyła się nieduża kolejka. Kiedy przyszła kolej na mnie, hospitalero wbił mi pieczątkę do credencialu, pozdrowił po polsku i chwilę potem mogłem udać się do swojego łóżka. Jak co dzień trzeba było wziąć szybki prysznic i zrobić pranie, a następnie pójść do sklepu po produkty na obiad. W drodze do supermarketu obszedłem jeszcze okoliczne uliczki, które bardzo przypadły mi do gustu. Minąłem kilka klimatycznych knajpek, gdzie miejscowi spotykali się na rozmowy przy kieliszku wina. Zupełnie inne życie niż w Polsce. Po przyrządzeniu posiłku mogłem usiąść do pisania tej relacji.

Jutro planuję dojść do Estelli oddalonej o jakieś 22 kilometry. Do tej pory moje tempo nie jest zawrotne. Staram się ustalać noclegi w tych tańszych alberguach, prowadzonych przez organizacje kościelne albo samorządowe, do tego nie chcę na początku forsować nóg. Oszczędzami siły na późniejsze etapy.

komentarze 2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *