Dzienniki z podróży

Camino Frances – dzień piętnasty

Trasa: Bercianos del Real Camino – Puente Villarente, Dystans: 32,6 km

Trasa – dzień piętnasty
Dzisiaj mój dzień mógł zacząć się dość nieciekawie. Rano jak zazwyczaj obudziłem się o 5:45, przez co pakowanie odbywało się w całkowitej ciemności, a jedynym źródłem światła był ekran smartfona. Albergue mieściło się w bardzo starym budynku z drewnianymi podłogami, więc w sali rozlegało się jedno wielkie skrzypienie desek i łożek oraz szelest pakowania bagaży. Większość ludzi podczas Camino wstaje tak jak ja, mniej więcej w okolicach 6 rano. Zazwyczaj towarzyszą temu błyski latarek i westchnienia nieco jeszcze zaspanych pielgrzymów. Niedługo po pobudce zszedłem na dół żeby dokończyć porządkowanie rzeczy w swoim plecaku już przy zapalonej żarówce. Jako, że schronisko działało na zasadzie donativo, chciałem wrzucić swój datek za nocleg i kolcję do przygotowanej w tym celu puszki. Kiedy zajrzałem do swojej saszetki do na dokumenty stwierdziłem brak pięćdziesięciu Euro oraz dowodu osobistego. Trochę skonsternowany zacząłem myśleć, co się mogło wydarzyć albo gdzie mogłem zgubić owe przedmioty. Nerkę mam zawsze przy sobie, a na noc chowam ją pod poduszkę. Także nie rozstaję się z nią ani na moment. Postanowiłem wrócić na górę do swojego łożka. Szczęśliwie okazało się, że pieniądze z dokumentem tożsamości leżały na materacu. Prawdopodobnie suwak w sakiewce był otwarty i w jakiś sposób w nocy cała zawartość wysunęła się z kieszonki. Cała historia dobrze się skończyła, w porę udało mi się zorientować w sytuacji, dzięki czemu nie musiałem wracać sie z trasy. Najbardziej bolesna byłaby utrata dokumentu tożsamości, zwłaszcza przebywając za granicą nie mógłbym się zameldować w żądnym obiekcie noclegowym. Po tym wszystkim gdzieś miej więcej w okolicach godziny 6 wyruszyłem na trasę. Poranek, a w zasadzie schyłek nocy był chłodny. Z tego względu po raz pierwszy podczas tej wyprawy pod kurtkę założyłem polarową bluzę. Nade mną na bezchmurnym niebie święciły gwiazdy, które towarzyszyły mi do godziny 8. Potem ich miejsce zajęło słońce po raz kolejny wschodząc w złoto czerwonej aureoli. Jego blask rozlewał się na okolice, tworząc niesamowite warunki do fotografowania okolicznych pejzaży.

Kolejny dzień trasa wioda wśród pól, które ciągnęły się aż po horyzont. Przez większość czasu szedłem wzdłuż pobocza asfaltowej drogi, w terenie o rzadkiej zabudowie. Dzisiaj w zasadzie minąłem cztery miejscowości, w tym dwie jeszcze idąc w ciemności. Przechodząc przez hiszpańskie wioski ma się wrażenie, że są całkowicie wymarłe. Rolety w domach są pozasłaniane, a na ulicach ciężko spotkać ludzi, zwłaszcza rano. Wszystko ożywa dopiero wieczorem. Co charakterystyczne w każdej małej mieścinie jest przynajmniej jeden bar lub kawiarenka, czasem kilka takich lokali, a radzko można spotkać dobrze zaopatrzony sklep spożywczy. Nie mówiąc już o sensownych godzinach jego funkcjonowania. Oczywiście właściciele wykorzystują pozycje monopolisty ustalając ceny o wiele wyższe niż w supermarketach.

Dzisiaj po przejściu ponad 30 kilometrów zatrzymałem się w prywatnym albergue na przedmieściach miasta Leon. Obiekt nie jest zbyt oblegany. Oprócz mnie są ze mną jeszcze trzy osoby, a ja mam całą salę z czterema łożkami tylko dla siebie, dlatego prawdopodonie czeka mnie spokojny sen bez chrapania i innych dźwięków dobiegających z sąsiedztwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *